05.Tell your friends that I'll be dead when you read this, tell them I couldn't take the pain of loneliness >> środa, 9 lipica 2008 18:32:13
Jak widać nowy szablon... Mejd baj mi of korsXD. Podoba się? Notka dedykowana Tynce... tak za całoksztalt:*

Wciąż nie mogąc uspokoić się po wczorajszych jakże 'cudownych' wydarzeniach z panem Brendonem Ograniczonym w roli głównej, zapukała do drzwi domu Spencera. Po chwili otworzyła jej pulchna, niska kobieta o intensywnie niebieskich oczach i ciepłym, przyjaznym spojrzeniu.
- Witaj Joy. Miło cię widzieć – przywitała ją.
- Dzień dobry, pani Smith. Panią również. Jest może Spencer? – zapytała z uśmiechem przyklejonym do twarzy.
- Tak, oczywiście. Ryan też już przyszedł i czekają na ciebie – poinformowała ją kobieta i otworzyła szerzej drzwi, wpuszczając ją do środka.
Coxy wspięła się po schodach na pierwsze piętro i z hukiem wpadła do pokoju. Nie ma to jak dobre wejście. Pierwsze wrażenie jest w końcu najważniejsze….
- Oho, ktoś jest nieźle wkurzony – zauważył rozbawiony Ry. I co w tym kurczaki i inny drób jest śmiesznego?…
- Dziwisz mi się?!? Czeka mnie szlaban z Brendonem! – krzyknęła wkurzona do granic możliwości różowowłosa.
- Wiem. Spenc już mi powiedział. Poza tym widziałem spuchniętą twarz Bdena… Nie mogę uwierzyć, że już drugi raz go tak załatwiłaś – powiedział nadal rozbawiony.
- Czyli to też ci wypaplał? – warknęła Joy, patrząc na perkusistę z mordem w oczach. Gdyby tylko wzrok zabijał, byłoby już po biednym Speniu… – Dzięki Spenc! Ty to umiesz trzymać gębę na kłódkę.
- Oj nie gniewaj się. Tylko RyRo wie, a on i tak prędzej czy później by się o wszystkim dowiedział – zauważył chłopak.
Joy westchnęła zrezygnowana i spytała Ryana:
- To pomożesz nam z tą durną matmą?
- Oo… Jak miło. Zmiana tematu – wyszczerzył się Ry, wyraźnie grając jej na nerwach.
Dziewczyna przesłała mu piorunujące spojrzenie i syknęła:
- Ty sobie Ross lepiej uważaj, bo dziś jest 28 dzień miesiąca i nie ręczę za siebie.
- Co ty taka nerwowa – powiedział spokojnie, ale Toxic wiedziała, że w duchu trzęsie się ze strachu. Prawie widziała jak mu zęby szczękają. Normalnie kisiel w majtkach - jasne, że pomogę – dodał potulnie i wzięli się „ostro” do nauki.
***
GODZINĘ PÓŹNIEJ
- Wy udajecie takich głupich, czy naprawdę nic nie rozumiecie?!? – wychodził z siebie ich, hmmmm… 'nauczyciel'… No co? To ich wina, że z nich takie matematyczne tumany? Nie wszyscy rodzą się takimi geniuszami jak Ross!
- Nie krzycz! Głowa mnie już boli od tych funkcji! – wrzasnął Spencer też już nieźle poirytowany.
- Ja już nawet nie wiem ile to jest 2+2 – zawtórowała perkusiście Joy, jęcząc i trzymając się za głowę. – Nie wiem jak my damy sobie radę na tym jutrzejszym teście – dodała z rezygnacją w głosie.
- No ja wam raczej nie pomogę – stwierdził Ry – Więcej już i tak chyba się nie nauczycie, więc może poróbmy coś innego – zaproponował. – Odprężycie się.
-Tak! Kocham cię, Ross, normalnie… Znaczy się na ile jest to możliwe w granicach zdrowego rozsądku… Nie mogę już słuchać o monotoniczności i dziedzinach funkcji – poparł go Spenc.
- Jestem za! – krzyknęła rozentuzjazmowana Coxy i, na dowód swoich słów, pieprznęła zeszytem o ścianę, po czym usadowiła się, a raczej uwaliła się, na łóżku perkusisty z takim impetem, że chłopcy aż podskoczyli.
- OK. To ja zamieniam się w słuch. Poddajcie jakiś temat, bo mój mózg się kompletnie zlasował i raczej nie zabłysnę teraz swą wrodzoną kreatywnością.
- No więc, ten… - Spen spojrzał eee… porozumiewawczo na gitarzystę i zaczął dukać. – Bo wiesz, Joy, mamy ci coś do powiedzenia…
-I wiesz, ja... znaczy my… no chyba Cię to nie ucieszy – wtrącił gorączkowo Ryan.
Oj… taka gadka nie wróży nic dobrego.
- Bo widzisz… - kontynuował Ryanuś – Przeprowadzamy się.
- CO!? – pisnęła zszokowana dziewczyna.
Miała stracić dwójkę najlepszych przyjaciół jakich kiedykolwiek miała?!? Już zdążyła przywiązałać się do tych szajbusów! No ale z drugiej strony… Może jak oni, to i reszta Panicznych? Przynajmniej wynikłaby z tego jakaś korzyść i w końcu pozbyłaby się kretynów. Ale nieeee. Lepiej chyba być narażonym na napromieniowanie przez tych neandertalczyków niż stracić jedynych, prawdziwych przyjaciół.
- Nie z Las Vegas – zapewnił szybko Spencer. Toxic westchnęła z ulgą. – Ale… nie spodoba ci się to…
- No wyduście to z siebie! – powiedziała zniecierpliwiona.
- Będziemy mieszkać we czwórkę. Ja, Ryan, Brendon i Brent kupujemy dom – wykrztusił w końcu Smith.
Uff… Dom… i o co tyle krzyku? Będą mieszkać w czwórkę. Mniejsze koszta, a poza tym przyjaciele… Ale zaraz… Czwórka?! Czy on powiedział ja, Ryan, Brendon i Brent????? Chryste panie! Czy oni zgłupieli? A może ich podmienili?!...
Ale właściwie co ją to w sumie obchodzi? To wolny kraj, mogą sobie mieszkać z kim chcą, dopóki nie będzie zmuszona oglądać parszywych gęb pozostałej dwójki… Zaraz… Chwileczkę… Ona będzie zmuszona oglądać parszywe gęby pozostałej dwójki! Za każdym razem, gdy przyjdzie odwiedzić Ryana i Spencera, będzie musiała się natykać na tego ohydnego, obrzydliwego, obślizgłego pana Brendona „jestem boski" Urie i Brenta „nie mam mózgu" Wilsona! Nie no, po prostu bosko!
- Powiedzcie, że żartujecie – poprosiła słabym głosem.
- Niestety nie – pokręcił głową Ry i uciekł wzrokiem.
Joy wstała wściekła z miejsca i wybiegła z tego domu. Wiedziałą, że to nie ich wina, że nie przepadała za ich kumplami, ale musiała trochę ochłonąć. Wróciła do domu i co zrobiła? Oczywiście chwyciła za swojego laptopa.
***
Obudziła się z otwartym laptopem na kolanach, w ubraniu i z makijażem na twarzy. Rozmawiała z BrennyBearem do 4 nad ranem i wygląda na to, że musiała przysnąć. Potwierdziła to ostatnia wiadomość widniejąca na monitorze.

BrennyBear: Czemu tak długo nie odpisujesz? Czekaj… Chyba się domyślam;p. Zasnęłaś lol2. W takim razie miłych snów piękna:*. Mam nadzieję, że ci się przyśnię XD

Joy uśmiechnęła się, czytając słowa napisane przez jej tajemniczego nieznajomego. Szkoda tylko, że zamiast niego przyśnił jej się dziś Brendon. KOSZMAR normalnie!!
Nagle usłyszała za oknem trąbienie i wyjrzała na zewnątrz. Spencer już na nią czekał. Nie miała czasu, żeby się przebrać, czy coś zjeść lub wykonać jakąś inną poranną czynność, więc chwyciła tylko swoją torbę i pobiegła na dół. Wsiadła do auta i zapięła pasy.
- Nadal jesteś na nas zła? – zapytał Spenc.
- Zła? Na was? W żadnym wypadku. Po prostu musiałam ochłonąć po usłyszeniu tej waszej 'wspaniałej' nowiny – wyjaśniła.
- To dobrze – odetchnął z ulgą. – Gotowa na naszą wielką porażkę? – dodał.
- Taaa… polegniemy. Te funkcje są okropne! – odpowiedziała. – Ja nic nie panie maje.
Pięć minut później podjechali pod szkołę i ruszyli w stronę budynku jak na skazanie. Joy czuła się niczym Skazany Na Śmierć w sezonie numer tysiąc pięćset sto dziewięćset… Miała wielka ochotę zwiać z tej budy, ale po drodze spotkali Ryana, co uniemożliwiło jej realizację tego genialnego planu.
- Cześć RyRo! Co ty tutaj robisz? – spytała zaskoczona.
- Przyszedłem was poinformować o dzisiejszej próbie – wyznał.
- Próbie? Jakiej próbie? – zdziwiła się.
- No… niedługo zaczynamy trasę i trzeba zrobić parę prób – wyjaśnił. – Tancerki też.
- Trasa…? Tancerki…? – powtórzyła nieprzytomnie.
- Wiem Coxy, że nie uśmiechają ci się dwa tygodnie w towarzystwie Brendona i Brenta, ale jakoś dasz radę z nimi wytrzymać… Masz nas – pocieszał ją Spencer.
- Teraz to już mnie całkiem dobiłeś – zażartowała. – Tylko najpierw muszę przeżyć ten cholerny test – narzekała. – Szkoda, że nasz geniusz nie może nam pomóc.
- Dacie sobie radę – zapewniał ich Ry. – Poza tym… przecież nie wejdę pod ławkę i nie napiszę tego za was – zaśmiał się, ale po chwili zdał sobie sprawę, że popełnił ogromny błąd.
Joy wyszczerzyła się chytrze i uniosła jedną brew do góry. Aż było widać jak jej różki rosną. Jak ona uwielbiała wpadać na genialne pomysły!!! Tak właściwie to nie był jej pomysł. Ross sam się wkopał. Następnym razem pomyśli 5 razy, policzy do 20 i dopiero coś powie… Ale to następnym razem.
- Nie… Nie… - bronił się Ryro, widząc tę ogromną żarówkę świecącą nad jej głową, a muszę wam powiedzieć, że świeciła baaaaaaaaaaardzo jasno. – Nie ma mowy… Przecież ja tylko żartowałem – „To trzeba było się zastanowić co mówisz. Ha, ha, ha… uwielbiam ten mój demoniczny śmiech. Normalnie czuję się jak jakaś psychopatka” pomyślała z satysfakcją różowowłosa.
***
Już od 25 minut trwała lekcja. Ryan siedział ściśnięty pod ławką, rozwiązując ich zadania.
- Przyłapie nas! Zobaczysz! Przyłapie nas – panikował Spenc.
- Nie marudź. Jak będziesz tyle gadał, to na pewno coś zauważy – syknęła Joy, doprowadzając go do porządku. – Poza tym trzeba sobie umieć radzić w życiu, a Tales jest ślepy i nie zauważyłby nawet słonia na rowerku z gołą babą na rurze przejeżdżającego przez środek klasy.
- Może i jest ślepy, ale nie głuchy! – marudził dalej.
- To zamknij się wreszcie! – warknęła wkurzona dziewczyna i postanowiła uciszyć go porządnym kopniakiem w łydkę.
Pech chciał, że trafiła w niczego nie spodziewającego się Ryana, który krzyknął z bólu, wpychając sobie pięść w usta, żeby trochę zagłuszyć własny pisk(swoją drogą piszczy jak baba). Niestety słyszała go cała klasa, łącznie z matematykiem.
- Co to było? – zapytał staruszek.
Joy zaczęła gorączkowo rozmyślać nad jakąś wymówką. I co ona miała teraz powiedzieć?!? Zanim którekolwiek z nich zdążyło jednak otworzyć buzie, odezwał się Brendon.
- To ja, panie psorze. Uderzyłem się w ławkę. Przepraszam – wyjaśnił.
Tego już było za wiele. Coxy po prostu kipiała złością. Po jaką cholerę Urie się w ogóle wtrącał. Myśli, że sama by sobie rady nie dała? Otóż dałaby sobie doskonale! Już ona mu pokaże… Oduczy się wciskać nos w nie swoje sprawy! I co myśli, że może teraz rzuci mu się na szyję z krzykiem 'mój wybawco' niczym w reklamie Zbyszka… Niedoczekanie jego!
***
- Ryan, ja nie chciałam, naprawdę cię przepraszam – Cox stała z Rossem i Smithem na korytarzu i niczym małolata czerwieniła się, przepraszając swoją 'ofiarę'.
- Spoko – jęknął Ryan – co najwyżej będę bezpłodny – uśmiechnął się zabawnie.
Nie, no… Tak głupio to jej dawno nie było! Tak go znokautować! Kurwa, nie ma to jak cel… Istne z niej Joyambo (przyp. aut. połączenie Joy i Rambo - mój własny wynalazek!! Nie kopiować! Nie podrabiać! Nie kraść pomysłów! Ty który to nierozważnie zrobisz, ostrzegam cię! ZGINIESZ MARNIE!!).
- Albo gorzej Ry, zostaniesz kastratem – śmiał się Spen.
- Kretyn – walnęła go w ramie dziewczyna – Aż tak mocno go nie kopnęłam.
- Ha, ha, ha, jeszcze żadna kobieta mi tak nie…
- Nie kończ – krzyknęła Coxy i zaczęła się śmiać razem z chłopakami.
- Dobra ja spadam. Widzimy się na próbie – pożegnał się po chwili RyRo i idąc… hmmm... dość szerokim krokiem, zniknął im z oczu.
Joy skierowała się ze Smithem w kierunku stołówki. Po chwili byli na miejscu, przeciskając się przez tłum uczniów biegnących po jedzenie niczym dzieci buszu, które walczą o przetrwanie. Toxic zaczęła szukać wzrokiem jakiegoś wolnego stolika, ale jedyny, jaki rzucił jej się w oczy, znajdował się koło jej „wspaniałego wybawiciela” z matmy, otoczonego wianuszkiem z plastiku. No cóż… chyba jednak nie mieli wyboru, jeśli chcieli coś zjeść.
Coxy podniosła dumnie głowę (prawie zawadzając o pobliską jarzeniówkę) i ruszyła w kierunku upatrzonego stolika. Swojego wroga numer jeden nawet nie zaszczyciła spojrzeniem.
Niestety nie było jej dane dotrzeć spokojnie na miejsce, bo kiedy przechodziła obok krzesła zajmowanego przez wokalistę, dobiegło ją jego pytanie.
- Mam nadzieję, że nasz gitarzysta jeszcze żyje? Bo dzieci to on już raczej mieć nie będzie - powiedział wyraźnie zadowolony z siebie.
Twarz dziewczyny przybrała piękny kolor purpury. Powoli odwróciła się w stronę mówcy i wysłała mu ostrzegawcze spojrzenie mówiące: 'Jeszcze słowo, a będziesz na gwałt potrzebował miejsca na pobliskim cmentarzu!', jednak Urie zignorował wyraźny, czerwony znak stopu i wjechał na drogę jednokierunkową, a w tym momencie jechał pod prąd! To grozi co najmniej mandatem, a najwyżej kolizją.
-A tak w ogóle, to mam nadzieję, że sprawdzian ci dobrze poszedł – wyszczerzył się ucieszony.
Joy miała ochotę rzucić się na tego parszywego, obślizgłego, fałszywego, wstrętnego… eee… i tak dalej, chłopaka. Opanowała się jednak i przykleiła sobie sztuczny i jakże figlarny uśmieszek do twarzy.
- O Brendon – powiedziała 'ucieszona' – dzięki Bogu Ryanowi nic nie jest. Jest może troszkę potłuczony – zaśmiała się 'uroczo' – ale wszystko w porządku – zapewniła i zaczęła się do niego zbliżać, całkowicie ignorując piorunujące spojrzenia jego fanclubu i kręcąc przy tym zalotnie biodrami. – A sprawdzian… dziękuję, jakoś poszło. Chyba nie najgorzej. To właściwie dzięki tobie – zaszczebiotała i usiadła mu na kolanach. – Uratowałeś nas – wyznała i cmoknęła go w gładko ogolony policzek.
Bear chyba nie bardzo wiedział co się dzieje, bo minę miała dosyć głupawą. Ja wiem, że on zwykle ma niezbyt inteligentny wyraz twarzy, ale to było coś innego. No ale w każdym razie po chwili oprzytomniał i uśmiechnął się szeroko, ukazując rząd bielutkich ząbków i objął ją w pasie. Oho, chyba chłopaczyna złapał haczyk.
- Jak mogłam być tak głupia… Tak mi przykro… i wczoraj…
- Nic nie szkodzi – uśmiechnął się do niej ciepło.
- Oj szkodzi! Nie jesteś już kapitanem, masz twarz niczym szympans po operacji plastycznej, zresztą niezbyt udanej, i otaczasz się plastikami. Przeze mnie spadłeś na samo dno. Tak mi przykro… To ja cię doprowadziłam do tego stanu – powiedziała i powoli wstała z jego kościstych nóżek.
- Nawet nie wiesz jak bardzo żałuję, że porwałam wszystkie nasze wspólne zdjęcia…
- Co?! – Bear pobladł niczym kartka papieru.
- Ale wiesz… Jak już się z chłopakami urządzicie w nowym domu, to możemy sobie zrobić małą sesję zdjęciową. Będzie parę nowych fotek… Byle na trzeźwo - zastrzegła z naciskiem na ostatnie słowo i puściła mu oczko.
Urie wstał natychmiast i stanął na przeciwko niej.
- O co ci chodzi?! – wysapał – Dlaczego tak mnie traktujesz?? Dlaczego taka jesteś?? O co ci kurwa ciągle chodzi?? Ile razy mam cię jeszcze błagać o wybaczenie??! – krzyczał tak, że cała stołówka… Nie… Cała szkoła, zaczęła spoglądać w ich stronę.
Natychmiast piękny uśmiech zniknął z twarzy Joy, a zastąpił go krzywy grymas.
- Ile? Aż do usranej śmierci! SŁYSZYSZ!?! – krzyknęła wkurzona. – I odpierdol się ode mnie! Nie potrzebuję twojej cholernej łaski! Ani nawet pomocy! Nie od ciebie!
- Ale.. Ja chciałem… - szeptał, patrząc gdzieś w bok.
- Wiesz ile mnie mnie obchodzi co ty chciałeś/ chcesz/ będziesz chciał? Gówno mnie obchodzi! Myślisz, że co? Wielki Urie to może wszystko?! Ja nie jestem jednym z plastików, które możesz sobie rozstawiać po kątach! Nie jestem ani łatwa, ani głupia! Kiedyś uważałam cię za kumpla, może nawet za przyjaciela… Ale złudzenia zniknęły i zostałeś tylko ty! Prawdziwy ty! TY którego ja nie chcę znać! – dźgnęła go palcem w klatkę piersiową i powiedziała już spokojnie. – A teraz leć do swoich poddanych. Czekają na ciebie.
Odwróciła się do niego plecami i wyszła z jadani, zostawiając go z wypiekami na twarzy i złością (a może smutkiem) malującymi się na jego obliczu.
***
Prosto po szkole pojechali na próbę. Urie był ciągle wściekły po tej sprzeczce w stołówce, widać to było na kilometr. Ale co tu się dziwić? Joy nieźle mu dopiekła i nareszcie wylała z siebie całą złość. Powiedziała mu wszystko, co leżało jej na sercu, co tak bardzo ją denerwowało! I miała nadzieję, że zrozumiał w końcu.
Było jeszcze coś dziwnego w jego zachowaniu. Prawie na nią nie patrzył, a jak już mu się to zdarzyło, to jego oczy tak dziwnie błyszczały. Był zły, ale… To nie było to. To coś innego, co sprawiało, że Coxy poczuła się tak jakoś… dziwnie.
Po pół godzinie jazdy dojechali na miejsce. Joy wysiadła z auta i wskoczyła na swój nowy środek lokomocji (czyt. na Rossa). A niech się chłopak męczy!
Ryan wtaszczył ją do środka i postawił na ziemi. Dziewczyna rozejrzała się z ciekawością po pomieszczeniu, w którym się znajdowali. Pod ścianą stały przygotowane już instrumenty, a trochę dalej rozgrzewały się pozostałe tancerki.
- Witaj, Joy! – przywitała ją choreografka. – Dobrze, że już jesteś. Będziesz główną tancerką – poinformowała. – Tańczysz z Brendonem – dodała.]
Coxy skrzywiła się lekko, ale nic nie powiedziała. Mówi się trudno, a ona w końcu jest profesjonalistką, prawda? Nie będzie narzekać i pokazywać po sobie niezadowolenia.
Bden też nie był ucieszony, ale i on chyba postanowił zachowywać się jak fachowiec, bo nie dał po sobie nic poznać. W ogóle był ciągle jakiś dziwny… Taki nieobecny, zamyślony.
Po chwili zaczęli próbę. Joy jeszcze nigdy w całym swoim krótkim życiu nie przeżyła niczego tak upokarzającego! Taniec wymagał od niej tańczenia na kolanach Brendona w dość dwuznacznej pozycji. Obojgu to nie pasowało, ale robili dobrą minę do złej gry.
W pewnym momencie Mary (choreografka) powiedziała:
- Bardzo dobrze Joy! A teraz zejdź i stań przed Brendonem. Właśnie tak! A ty Bden usiądź tak, aby Joy mogła swobodnie oprzeć stopę o krzesło pomiędzy twoimi nogami.
- C-C-CO?!? – Brendon natychmiast oprzytomniał. - Nie ma mowy! – zaprotestował. – Ona mi zrobi krzywdę! – lamentował wyraźnie zaaferowany.
- A czego ty się boisz? Że ci coś uszkodzę? – zakpiła Coxy. - Wątpliwe, bo najpierw musiałabym mieć co uszkadzać – zaśmiała się szyderczo.
- Ty jesteś bezczelna! Najpierw ratuję ci tyłek na matmie, a mimo to atakujesz mnie na stołówce, a teraz mi jeszcze ubliżasz?!? Ludzie, trzymajcie mnie! – wrzeszczał Bear.
Dziewczyna zaśmiała się znowu, widząc jego wściekłą minę. To go jeszcze bardziej nakręciło.
- Jestem twoim pracodawcą i w każdej chwili mogę cię zwolnić, Toxic! – wykrzyknął ze złością.
O nie! W tym momencie to przesadził… czy on jej grozi?!? Co on sobie wyobraża?! Te groźby to on sobie może w tyłek wsadzić i jeszcze się podetrzeć papierem ściernym!
- Po pierwsze: Toxic tylko dla przyjaciół, a ty do nich na pewno się nie zaliczasz - krzyknęła. – Po drugie: proszę bardzo! Tylko czekam na to, kiedy się odważysz, ale lepszej tancerki ode mnie nie znajdziesz, a poza tym doskonale wiem, że nie masz na tyle charakteru – darła się, przez co cała sala przerwała swoje zajęcia i przyglądała się ich kolejnej kłótni.
- Naprawdę tak sądzisz? – zapytał buntowniczo Brendon z mordem w oczach.
- A co?! Jesteś zbyt wielkim tchórzem! Ale gdybyś się jednak zdecydował to proszę bardzo! Nie będę płakać! A papiery i wypowiedzenie wyślij mi pocztą!! – Rzuciła mu w twarz kapeluszem który trzymała w ręce i wybiegła stamtąd, trzaskając drzwiami, tak, że prawie wyleciały z zawiasów. Szkoda tylko, że nie wiedziała, że powód, dla którego Bden nie miał zamiaru jej zwolnić, był zupełnie inny…
***
Ryan przez chwilę stał, patrząc na drzwi, którymi wybiegła Joy, a w uszach wciąż słyszał jej ostatnie słowa.
Powoli odwrócił się i popatrzył na Uriego, a w jego oczach dostrzec można było ogniki złości.
- Urie! – wysyczał, ale nie było dane mu powiedzieć więcej, bo Spenc zaczął krzyczeć.
- Wciąż masz do niej o coś pretensje! Ciągle się rzucasz!!!
- Ja?! - pisnął niczym stara panna Bden.
- Tak ty kretynie! Ciągle zaczynasz! Zawsze masz coś do powiedzenia! Zawsze musisz jej dogryźć! To ty ją prowokujesz! W szkole, na stołówce, teraz!!! Wydoroślej! Ona nie jest taka wobec ciebie bez podstawy!
- Nie? A niby jakie ona ma podstawy do takiego zachowania?! – warknął.
- Zraniłeś ją! – włączył się do kłótni RyRo. – A teraz nie dajesz jej żyć! Nie dziwię się, że ona tak cię nienawidzi! Jesteś skończonym idiotą!
- Chwila! Brendon, nic takiego nie zrobił! To ona jest przewrażliwiona! – wtrącił Brent.
- Ta jasne! Broń go! Sam nie jesteś lepszy od tego kretyna! – krzyknął Spencer i cały czerwony wybiegł z hali.
-Jeżeli ona odejdzie, to licz się z tym, że stracisz gitarzystę i perkusistę – krzyknął Ry i wyszedł za Spencem.
***
Joy wybiegła z hali jakbym miała motorek w dupie. Nawet miała wrażenie, że się za nią kurzy i dymy idą.
Stanęła na środku praktycznie pustego placu… Och tak! Cudownie! Normalnie po nocach o tym śniła, żeby wylądować na jakimś zadupiu, nie mając zielonego pojęcia gdzie się znajduje, na dodatek dobre parędziesiąt kilometrów od jakiejkolwiek cywilizacji, nawet jeśli miałaby to być zagroda z świniami.
Nigdzie na widoku nawet ulicy z jednym samochodem nie było. Nawet zasranego malucha, który rzęźi i za którym ciągnie się obłoczek dymu! Yeah… Wreszcie ziściły się jej najskrytsze marzenia…
- Kurwa jego jebana mać! – tupnęła nogą.
I nagle, objawienie! Joy, kochanie, masz przecież komórkę! Brawa! Nobel w dziedzinie nauk ścisłych otrzymuje Joy Cox! Juhuł! Einstein to przy niej schować się może! Drżącymi rękoma (bynajmniej nie z radości, ale z nerwów) wyciągnęła drogocenny aparat i zadzwoniłam po taksówkę. I wszystko byłoby ładnie i pięknie, gdyby (zanim nacisnęłam zieloną słuchawkę) nie zdała sobie sprawy z tego, że miejsce jej obecnego pobytu jest jej kompletnie nieznane…
Zadzwoni do centrali i co powie? „…przyślijcie kogoś na środek pustyni, tam gdzie stoi taka, oooooo, wielka hala i tam nagrywają swoje teledyski i mają próby pieprzeni, zadufani, zapatrzeni w siebie wokaliści"?
Yhy… Jasne… A oni na to: „Jasne, nie ma sprawy. Za 3 min. zaraz ktoś się tam po panią zjawi…"
Coxy zaczęła się histerycznie śmiać, ale po chwili przerodziło się to w szloch. Dziewczyna osunęła się na ziemię, ukrywając twarz w dłoniach.
„Joy musisz być silna! Nie poddawaj się!" krzyczał jej zdrowy rozsądek i resztki godności, ale zwyczajnie zabrakło jej sił…
Przecież każdy może mieć chwilę słabości, nawet taka idiotka, nie?… Może nie uwierzycie, ale ona też miała serce… Co prawda twarde, ale też czuła… I nie była jakimś zasranym stołem, który nie ma uczuć, choć czasami łączyła głupotę jego czterech nóg. Ją też można było zranić, bo w końcu nie była jakimś pieprzonym robocopem!
Nagle poczuła jak ktoś delikatnie ją przytula. Z jednej strony tak bardzo wstydziła się swojej słabości, a z drugiej tak bardzo potrzebowała wsparcia, zrozumienia i tej odrobiny ciepła. Kogoś kto powie, że jest blisko niej, że nie musi się bać… Od śmierci rodziców nie miała nikogo takiego…
Po chwili jakaś inna osoba delikatnie chwyciła jej dłoń, tym samym odsłaniając jej oczy.
- Już dobrze, cichutko, myszko, już jesteśmy, teraz będzie wszystko dobrze…- szeptał ciepło Ryan i delikatnie pociągnął ją ku sobie.
Wtuliła się w niego jak tylko mogła najmocniej i zaczęła jeszcze bardziej płakać, a on spokojnie do niej mówił. Jego głos był jak melodyjna piosenka, jak szum wody… Stopniowo sprawiały, że czuła się bezpieczna, przestawała drżeć, a łzy zniknęły z jej oczu.
- Choć Joy zabierzemy cię stąd - powiedział Spec.
Dziewczyna powoli odkleiła się od Ry’a i razem z chłopakami poszła do samochodu.



Always up or down, never down and out...
komentarze [8]

04.Second chances they don't ever matter, people never change >> czwartek, 3 lipica 2008 17:35:47
Odcinek jak odcinek. Szczerze powiem, że nie dopracowany, bo mnie leń złapał;p. Odcienk dedykowany Heallven. Egejn;p. Czemu? Bo jej teksty po prostu wbijają mnie w ziemię, jakby to określiła moja koleżanka;p. Poza tym sympatia jest w tym przypadku obustronna;p. Miłego:*

Minęły dwa tygodnie odkąd Joy wróciła do szkoły i z pewnością nie tak wyobrażała sobie to wszystko. Brendon od ich ostatniej rozmowy na szkolnym parkingu zrobił się dla niej opryskliwy, nie mówiąc już o Brencie, który był po prostu nie do zniesienia. Joy nie była w stanie zamienić z nim choćby dwóch normalnych zdań, bo Wilson zawsze musiał jej dogryźć. Na dodatek idiota Urie (przyp. aut. dookreślam, żeby nie było niedomówień ;P) rządzi teraz całą tą zgrają cheerleaderek i sportowców, czy jak tam się ich nazywa. Jest jakimś guru czy coś… A wszystkie panienki (czytaj: plastiki) wstąpiły do jego sekty… Włóczą się za min po całej szkole, a jak tylko na którąś spojrzy lub się do jakiejś uśmiechnie, to normalnie jakby im kto kawałka nieba przychylił. Ochów i achów nie ma końca. A podobno taki nielubiany w liceum był. Trzeba chyba pozmieniać te wszystkie informacje z wywiadów, które podzielał.
Na dodatek Bear wstąpił do drużyny siatkówki, został od razu kapitanem i pupilkiem Martina. Joy była na kuzyna wściekła. Co za parszywy, zawszony zdrajca! Jakby nie wiedział, że nie trawiła Brendona!
A co do Spencera… Ich znajomość zdążyła się przerodzić w przyjaźń w stosunkowo krótkim czasie. Byli nierozłączni – ona, Spencer… i Ryan. Spędzali razem każdą wolną chwilę. Niestety wiązało się to również z częstym kontaktem z Brentem i Bdenem, a to już nie było takie wspaniałe.
Trwała właśnie lekcja chemii, ich ulubiona. Wprawdzie nie dlatego, że lubili przedmiot sam w sobie, ale dlatego, że zawsze dało się na nim wywinąć jakiś numer. Tydzień temu na przykład musieli ewakuować całą szkołę, bo „przypadkiem" Spencerowi i Joy udało się zadymić pół budynku. Co prawda Coxy miała jeszcze ochotę Bdenowi podpalić włosy, ale nie zdążyła, bo Spencer ewakuował ją na swoim ramieniu z klasy.
W pewnym momencie, kiedy minęła już połowa lekcji, Spenc zapytał:
- Czemu właściwie pokłóciliście się z Bearem?
Joy wyleciała probówka z ręki, kiedy usłyszała to pytanie. Dobrze, że była pusta, bo, znając jej zdolności chemiczne, cała szkoła poszłaby z dymem. Z drugiej strony nie wydawało jej się to znowu takim złym pomysłem. W końcu pozbyłaby się Brendona, z futrem nie wyszło to może teraz kto wie… Taka okazja mogła się już nie powtórzyć.
- Bo jest palantem – odpowiedziała krótko dziewczyna.
- Coxy, ja się pytam o prawdziwy powód. Jeszcze miesiąc temu byliście dosłownie nierozłączni - zauważył Smith.
Joy zastanowiła się przez chwilę nad jego słowami i zdała sobie sprawę z tego, że chłopak miał niestety rację. Ale to było miesiąc temu, a teraz wszystko się zmieniło i to Urie to spierdolił! Nigdy już nie będzie tak, jak dawniej. Czy żałowała tego? Sama nie wiedziała. Może w głębi duszy trochę tęskniła za tymi chwilami spędzonymi z brunetem, ale nie chciała się do tego przyznać nawet sama przed sobą.
- A co? Nie jest palantem? – zapytała, a Spencer spojrzał na nią, unosząc jedną brew do góry. Nie chciał tak łatwo dać się spławić. – No dobra, już dobra! Pamiętasz tamtą imprezę na koniec zdjęć? – spytała, a Spenc pokiwał potakująco głową. Joy westchnęła cicho i ciągnęła dalej. – Brendon się wtedy bardzo upił i mnie… pocałował – wyznała i odwróciła wzrok.
- I zrobiłbym to jeszcze raz, gdybym miał taką okazję – usłyszała głos za sobą.
Dziewczyna obejrzała się za siebie i ujrzała tak znienawidzoną przez siebie twarz. Popatrzyła na Brendona z mordem w oczach i spytała:
- A ja bym ci jeszcze raz dała w pysk! Mamusia nie nauczyła, że nieładnie tak podsłuchiwać? – warknęła.
- Nauczyła – skrzywił się ale po chwili na jego 'anielskim' obliczu znów pojawił się ten szelmowski uśmiech. – Nauczyła też, że zawsze należy być szczerym.
- To przez ciebie Bden miał obitą twarz? - Spen wytrzeszczył na nią oczy ze zdziwienia.
- Tak – powiedziała różowowłosa hardo - A co nie pochwalił wam się? Wiesz co? Żałuję tylko, że nie poprawiłam z drugiej strony.
- Ty jesteś nienormalna, całkiem cię podupcyło? Za pocałunek dałaś mu z liścia? Wiesz co… najpierw się do niego przystawiasz, bajerujesz, flirtujesz, a potem zgrywasz niewiniątko. Weź się kobieto opanuj - oczywiście Brent musiał dać upust swoim mądrościom, bo by słońce nie zaszło, a ziemia by nas pochłonęła.
- Ja się przystawiałam? – dziewczyna aż wstała ze złości.
- Panno Cox, czy coś się stało? - spytał nauczyciel, spoglądając na nią z zaciekawieniem.
- Nie, przepraszam – powiedziała Joy, starając się panować nad głosem, i z powrotem usiadła na krześle.
Miała w tym momencie ochotę się na niego rzucić i przywalić mu w tę jego śliczną buźkę, ale w ostatniej chwili uratował go dzwonek na przerwę.
- To cześć piękna – rzucił Bear na odchodnym, chwytając swoją torbę i czym prędzej, wychodząc (czyt. uciekając aż się za nim kurzyło) i ciągnąc za sobą Brenta.
- Kretyn – stwierdziła Joy, a Spencer wciąż siedział, nie wiedząc co powiedzieć.
- Naprawdę chodziła tylko o pocałunek? - spytał już na korytarzu.
Popatrzyła na niego z niedowierzaniem.
-Tylko? Ta wyobraź sobie, że TYLKO!- krzyknęła poirytowana - a może ty też mi powiesz, że przystawiałam się do Bdena? Hę? I że teraz mi odwaliło? Co?
- Joy, spokojnie… nie… ja wcale tak nie myślę… Ja nie chciałem powiedzieć nic złego… Przepraszam…- wyjąkał skruszony.
Dziewczyna spuściła głowę i machnęła ręką, ruszając w stronę stołówki.
***
W końcu nadeszła ta upragniona lekcja WFu. Joy czekała na nią od tej nieszczęsnej lekcji chemii, bo miała wielką ochotę wyładować na czymś swoją złość. Przebrała się szybko w dresy i wyszła na salę. Było tam już parę dziewczyn i wszyscy chłopcy. Wzięła porządny rozpęd i z impetem wskoczyła Spencerowi na barana. Aż dziw, że chłopaczyna nie ugięła się pod jej ciężarem. Niby był z niej niezły patyczak, ale swoje z pewnością ważyła.
- Pamiętałeś, żeby powiedzieć Rynnowi, że ma jutro do ciebie przyjść? – zapytała, szczerząc się jak głupi do sera.
- Jak mogłem zapomnieć, skoro trułaś mi o tym przez ostatnie dwa dni? – spytał z ironią w głosie.
- Spadaj! – zaśmiała się dziewczyna.
- Tak się składa, że ja nie mam z czego, ale ty owszem - zauważył i zrzucił ją z pleców na podłogę. Dobrze, że leżały tam materace.
- O nie! Ta zniewaga krwi wymaga! – zażartowała i już miała wprowadzić swoją groźbę w życie, kiedy usłyszeli głos Martina.
- Dziewczęta, pani Macintosh nie ma dzisiaj w szkole, więc ćwiczycie z chłopakami – na te słowa dało się słyszeć jęki niezadowolenia dochodzące zarówno z męskiej jak i żeńskiej części klasy.
- Na początek dwa kółeczka truchtu – zarządził Marty. – a potem pogracie w siatkówkę – dodał.
Wszyscy zaczęli biegać posłusznie wokół boiska oprócz Joy i Spencera. Im przypadło w udziale rozłożenie siatki. Nie był to dobry pomysł, bo po pięciu minutach się w nią zaplątali i zamiast próbować się jakoś uwolnić, leżeli na ziemi, nie mogąc przestać się śmiać.
- Dzieciaki – westchnął tylko trener i sam wziął się za rozwieszanie siatki.
Po kolejnych 5 minutach wszystko było gotowe do gry. Nadszedł czas wyboru drużyn.
- Wybierać się będą… - zaczął Martin. – Joy i Brendon.
Dziewczyna uśmiechnęła się na te słowa, bo to znaczyło, że nie będzie w jednej drużynie z tym palantem. Kiedy już dokonali wyboru i ustawili się po przeciwnych stronach siatki, Marty powiedział:
- Wygrana drużyna dostanie nagrodę, więc się postarajcie.
- Już przegrałeś – syknęła Joy do Beara.
- To się jeszcze okaże – odpowiedział z chytrym uśmieszkiem, puszczając jej oczko, a gra się zaczęła.
Ponieważ żadne z nich nie chciało pozwolić, żeby to drugie wygrało, gra była dosyć ostra. Żadne nie chciało dać przeciwnikowi satysfakcji. W pewnym momencie zniknęło wokół nich boisko i ludzie. Byli jak w jakimś transie. Atakowali się nawzajem piłką, nie pozwalając innym jej dotknąć. Aż dziw, że się nie pozabijali po pięciu minutach gry. Mimo to nie obyło się bez kontuzji. Joy tak mocno przywaliła Brendonowi piłką w twarz, że z nosa strużką zaczęła mu lecieć krew.
- Stop! – krzyknął wkurzony Martin. – Idźcie się przebrać.
Joy cała zdyszana, ale z uśmiechem na ustach (nie bacząc na groźne spojrzenie fanclubu wokalisty) zaczęła iść za resztą dziewczyn w stronę szatni. Nie dane jej jednak było dojść do celu, bo usłyszała za sobą:
- Joy! Brendon! Wy zostajecie – oznajmił trener.
Dziewczyna podeszła powoli do kuzyna. Bden uczynił to samo, trzymając się za zakrwawiony nos. Różowowłosa popatrzyła na niego z mściwą satysfakcją.
- Wam się gry pomyliły, czy jak? To nie jest jakiś cholerny zbijak! – wrzeszczał na nich Marty. – Co wy sobie myślicie? Zdaję sobie sprawę z tego, że za sobą nie przepadacie, ale to już przesada! Chcieliście się pozabijać tą piłką czy jak?!?!
Joy i Brendon stali ze spuszczonymi głowami. Żadne z nich nie odezwało się ani słowem. Joy dlatego, że miała ochotę wybuchnąć śmiechem, a Bear… nie wiem. Kto wie, co się kryje w tym jego małym, misiowatym, żeby nie powiedzieć puchatkowatym, móżdżku.
- Z tobą pogadam sobie jeszcze w domu i lepiej módl się o to, żeby ciotka nie słyszała moich krzyków – zwrócił się do kuzynki, która kiwnęła skruszona głową. – A ty – powiedział do Brena. – Już nie jesteś kapitanem.
- Ale… Ale… - próbował coś powiedzieć Bear, ale Marti nie dał mu dojść do słowa.
- Żadnych ale! Lepiej ciesz się, że nie wyrzucam cię z drużyny! Nie wiem, czy pamiętasz, ale siatkówka to sport zespołowy, a ty dzisiaj dałeś niezły popis czegoś zgoła innego… Wracajcie do szatni – nakazał Martin i odszedł do siebie. – A w środę zostajecie po lekcjach – dodał, nie odwracając się nawet w ich stronę.
- I co? Zadowolona jesteś z siebie? – zapytał wkurzony Bden i wybiegł z sali. Joy dogoniła go i krzyknęła:
- A co? Może ty jesteś bez winy Panie Święty?!? Odpowiadasz za to tak samo jak ja!
- Gadaj zdrów. Wiesz co? Brent miał rację! Ty to po prosty jesteś nienormalna! Weź się lecz… jak chcesz, to ci psychiatrę opłacę, bo psycholog tu już nic nie zdziała… – rzucił na odchodnym, zostawiając ją samą na korytarzu. Kopnęła wkurzona ścianę. Czy ona naprawdę była aż taka okropna? To prawda… Trochę przereagowała… No właściwie to bardzo, ale… On też nie był bez winy.
***
Joy wróciła do domu nadal wściekła na Bdena i pobiegła na górę, trzaskając ze złością drzwiami. Rzuciła się na łóżko i walnęła pięścią w poduszkę. Czemu jej życie musi być takie skomplikowane?!? Przyjazd do Vegas miał wszystko zmienić… Tylko czemu na gorsze?
Wzięła do rąk laptopa i weszła na czat. Po chwili znalazła to, czego szukała. BrennyBear był już zalogowany. Rozmowy z nim zawsze poprawiały jej humor. Na dodatek chyba się od nich uzależniła Codziennie gadali ze sobą minimum godzinę. Aż dziw, że tak bardzo przywiązała się do osoby, której tak naprawdę nie znała.

PissedOff: Hej samotniku!
BrennyBear: Cześć śliczna! Co słychać?
PissedOff: To co zwykle. Ja + kretyn = kłopoty + szlaban… z kretynem:/
BrennyBear: Hehe… Nieźle zalazł ci za skórę ten koleś. Nie chciałbym być na jego miejscu ;p.
PissedOff: Aż taka zła jestem?
BrennyBear: Oczywiście, że nie… No może tylko troszkę straszna ;p
PissedOff: Wiesz co? Jesteś okropny! Ja tu mam kłopoty, a ty się ze mnie naśmiewasz. Mam się obrazić?
BrennyBear: Nie bądź zła. Jeśli ci to poprawi humor, ja też dostałem szlaban…
PissedOff: Ha ha! I co nie śmiej się dziadku… Mówi ci to coś??
BrennyBear: Taa… Dziadek się śmiał i to samo miał…
PissedOff: Bidoczku, jak chcesz to możesz ze mną szlaban odpracować. Wolę ciebie niż tego idiotę… :/
BrennyBear: Super, że ja niby jestem ta 'lepsza' alternatywa?
PissedOff: Tak jakby… XD
BrennyBear: Bossko, śniłem o tym po nocach. :P

Takie mniej więcej były ich rozmowy, pełne humoru, gier słownych i przekomarzań. Nigdy nie podawali żadnych szczegółów ani nie znali swoich prawdziwych imion. Tak było łatwiej i obojgu odpowiadało takie rozwiązanie. Wiedzieli o sobie bardzo dużo, a mimo to ciągle pozostawali anonimowi. Na dodatek Joy zawsze czuła się lepiej po rozmowie ze swoim tajemniczym nieznajomym. Czy to nie dziwne?...


Always up or down, never down and out...
komentarze [4]

03And isn't this exactly where you'd like me? >> środa, 25 czerwca 2008 18:59:32
Notka dedykowana Pauli:*, mojej arktycznej małpce. A co do tego, że Joy przesadza... Ma swój powód, że tak bardzo się wkurzyła, ale wszystko wyjaśni się z czasem. Enjoy:*

Dyskoteka, Brendon i ona. Jego usta niebezpiecznie zbliżają się do jej ust…
„I've got more wit, a better kiss, a hotter touch, a better fuck, than any boy you'll never meet, sweetie you had me…".
Joy obudziła się z jękiem niezadowolenia, przecierając opuchnięte od płaczu oczy. Wczorajszy dzień ciągle powracał we wspomnieniach, ranił i nie pozwalał spokojnie oddychać. Zawiódł ją. Jej najlepszy przyjaciel tak bardzo ją zawiódł.
Wyłączyła ze złością budzik, przeklinając się w duchu, że ściągnęła sobie taki dzwonek… Chociaż nie. Piosenka była świetna, Joy nie mogła temu zaprzeczyć. To, że śpiewa ją jakiś idiota nie mogło spowodować, że zrezygnuje z tak wspaniałej muzyki.
Poszła do łazienki, aby przygotować się do szkoły. Dzisiaj był jej drugi dzień w liceum. Miała poznać nowych ludzi, nowe miejsca i zapomnieć, zająć myśli czymś innym.
Spojrzała w lustro i po raz kolejny ujrzała w nim nieciekawy widok. Podpuchnięte oczy, włosy sterczące we wszystkich kierunkach i rozmazany makijaż, którego nie miała już siły zmyć wczoraj wieczorem, powodowały, że wyglądała strasznie.
Oderwała wzrok od swojego odbicia i pochyliła się nad umywalką, opłukując twarz zimną wodą. Następnie wzięła szybko prysznic i ubrała się w świeże ubranie. Znowu spojrzała w lustro i z zadowoleniem stwierdziła, że nie było już widać, że płakała. Nie chciała, żeby ciotka zobaczyła ją w poprzednim stanie i wypytywała się o powód jej łez.
Joy wzięła do ręki swoją torbę i zeszła do kuchni, gdzie czekało już na nią śniadanie przygotowane przez. Zjadła szybko i wybiegła z domu, żeby uniknąć rozmowy z krewną.
W szkole była 15 minut później. Poszła do klasy, gdzie miała się odbyć pierwsza lekcja. Usiadła z tyłu i włączyła P!ATD. Ta muzyka z pewnością uzależnia! Joy musiała ściszyć dźwięk tak, aby nikt nie słyszał dobiegającej ze słuchawek melodii. Nagle drzwi się otworzyły. Stał w nich Martin.
- Mary, mam sprawę do Joy. Mogę ją na trochę zabrać? - zapytał nauczycielkę.
- Tak, oczywiście - zgodziła się be żadnego 'ale' niska, pulchna kobieta.
Różowowłosa zebrała pospiesznie swoje rzeczy i czym prędzej wyszła na korytarz.
- Co jest Marty? - zapytała.
- Mamy w szkole nowe dzieciaki i pomyślałem, że możesz ich oprowadzić - wyszczerzył się do niej wyraźnie zadowolony z siebie.
- Ich? To znaczy, że to jacyś chłopcy? - błysnęła inteligencją.
- Tak.
- A czemu sądzisz, że to zrobię? - spytała buntowniczym tonem dziewczyna.
- Bo cię o to proszę. Poza tym nikogo tutaj nie znasz, więc przynajmniej zapoznasz się z nowymi - odpowiedział Martin niezwykle ucieszony z swojego geeeeeeeeenialnego pomysłu.
- Przecież ja sama jeszcze dobrze nie znam tej szkoły! – zauważyła poirytowana Cox.
- I co z tego? Zresztą… jeśli tego nie zrobisz będę musiał powiedzieć mojej mamie…
„Co z niego za kabel wyrósł” pomyślała z oburzeniem Joy. „Niby twierdzi, że to dla mojego dobra, ale i tak wredny się zrobił”.
- Grrr? Jak się nazywają i ilu ich jest? - Toxic przeszła do konkretów.
- Trójka. Brent Wilson, Spencer Smith i … - “Tylko nie Brendon Urie, tylko nie on!” pomyślała w duchu Coxy. - Brendon Urie.
- CO?!?!?!?! - krzyknęła z niedowierzaniem, momentalnie przystając. Z tylu szkół w całym Las Vegas musieli wybrać akurat tę, do której ona chodziła?!?!
- Co cię tak dziwi? - zapytał kuzynek.
- W końcu jesteśmy w Las Vegas, a ty prosisz mnie o oprowadzenie kolesi z Panic! At The Disco!!! - wydarła się na niego. Aż dziw, że nikt nie wyszedł sprawdzić co się dzieje.
- To ci, z którymi kręciłaś teledysk?
- Ci sami – warknęła.
- Ale Coxy, przecież to nie Gabe Saporta czy Pete Went – zauważył Marty.
- Wentz, z zet na końcu. Ile razy mam ci to powtarzać? I szczerze żałuję, że to nie Gabe…- uśmiechnęła się błogo sama do siebie. - Poza tym - wróciła do rzeczywistości, widząc z jaką miną patrzył na nią kuzyn. - Spencera mogę oprowadzić, ale o pozostałej dwójce zapomnij!
- Czemu?
- Brent jest gburem jakich mało, a z Bdenem, delikatnie mówiąc, nie przypadliśmy sobie do gustu - wyjaśniła, odwracając nieznacznie głowę, żeby Martin nie widział wypieków, które momentalnie wystąpiły jej na twarzy na wspomnienie imienia chłopaka i schowała zaciśnięte w pięści dłonie do kieszeni.
- A wspominałem już, że nie masz wyjścia? - zapytał z chytrym uśmieszkiem jej kuzyn.
- A co mi zrobisz? – parsknęła Joy.
- Pamiętasz kto rozbił samochód latem… - zaczął Martin.
- Dobra! W porządku, świnio! Ale nie ręczę za siebie, jeśli któremuś z nich stanie się krzywda! Nie cierpię cię, wiesz? – wykrzyknęła, patrząc na niego z mordem w oczach.
- Też cię kocham- odparł Marty i objął ją ramieniem, delektując się swoją WIELKĄ wygraną. „Podły, wredny… Wrrrrr” przeszło Toxic przez myśl.
Wzięła głęboki wdech i otworzyła drzwi do sekretariatu, przed którymi właśnie stali. Zatkało ją, kiedy weszła do środka. W pomieszczeniu było o jedną osobę więcej niż ustawa przewiduje. Na dodatek tą osobą nie był Ryan, który przecież już skończył liceum.
- Ummm… Panno Lynn… Kim jest ten czwarty mężczyzna? - zwrócił się Martin do kobiety za biurkiem, wyraźnie zdziwiony.
- Przyszedł tu, żeby załatwić parę spraw związanych z przyszłymi nieobecnościami chłopców w szkole - powiedziała i zerknęła w papiery - Nazywa się Peter Went.
- Wentz - poprawiła ją różowowłosa. - Z zet na końcu – dodała, a na jej twarzy od razu pojawił się szeroki uśmiech. Ten facet potrafi poprawić humor.
- Tak właściwie to jestem tu, żeby usprawiedliwić przyszłe nieobecności chłopaków i Joy - zauważył Pete i mrugnął do niej.
- C-C-Co?!? - zapytała zdziwiona. - Co ja mam z nimi wspólnego. Nie obraź się Spenc- powiedziała, nie chcąc urazić jedynej normalnej osoby znajdującej się w tym pomieszczeniu i należącej do Panicznych - ale ja nie mam zamiaru mieć do czynienia z nimi, tak w szkole, jak i poza nią - dokończyła stanowczo, patrząc buntowniczo na Petera.
- Przykro mi, ale nie masz wyjścia. Podpisałaś z nimi kontrakt - stwierdził Petey.
Usta same jej się otwarły w akcie bezsilności, jakby chciała zaprotestować, ale nie byłam w stanie nic z siebie wydusić.
Zupełnie zapomniała o kontrakcie! I po co podpisywała ten cholerny świstek?!? Kto by pomyślał, że przez jedną kartkę papieru można mieć aż tak przesrane! „Teraz jestem z nimi 'związana' na dwa lata! Brawa za inteligencję. Joy, jak zwykle twój geniusz nie ma sobie równych…” zakpiła w duchu dziewczyna.
***
Resztę dnia spędziła skazana na towarzystwo panicznej trójki. Dobrze, że przynajmniej ze Spencerem da się pogadać, bo chybaby zwariowała! No i na dodatek zyskała lokatora w ławce, bo perkusista się do niej przysiadł. Musiała stwierdzić, że naprawdę polubiła tego dzieciaka. Jest całkowicie nienormalny, zupełnie jak ona sama, więc będzie miała z kim się wygłupiać przez ten ostatni rok szkoły.
Po lekcjach Joy ruszyła w stronę parkingu, gdzie czekał na nią Martin. Miał wrócić do domu o tej samej porze co ona, więc postanowiła się z nim zabrać. Nagle usłyszała za sobą czyjeś kroki. Obejrzała się za siebie i ujrzała biegnącego w jej kierunku Brendona. Natychmiast przyśpieszyła, chcąc uniknąć konfrontacji, ale nie udało jej się, bo i tak ją dogonił.
- Czego chcesz?- dosłownie warknęła na niego dziewczyna. Jakby mogła to by go chyba ugryzła!
- Nie odzywałaś się do mnie cały dzień, więc stwierdziłem, że chyba jesteś na mnie zła - wyznał.
- Aleś ty odkrywczy! - cynizm… co za cudowny wynalazek.
- Przepraszam za swoje zachowanie. Byłem pijany! – tłumaczył się
- No właśnie! Byłeś pijany - odpowiedziała tylko i odeszła, zostawiając Bdena samego na środku szkolnego dziedzińca.
Czuła jego wzrok na sobie, ale nie odwróciła się tym razem. Nie chciała, żeby widział łzy które powoli formowały się w jej oczach.
***
Leżała na łóżku, rozmyślając o wszystkim co wydarzyło się dzisiejszego dnia. Czemu zawsze musiała mieć takie gówniane szczęście?!? Najpierw ten pocałunek, potem nagle chłopcy pojawiają się w jej szkole… No i jeszcze ten głupi kontrakt! Nic tylko pójść i się powiesić.
Podeszła do biurka, na którym leżał laptop. Wpatrywała się w niego przez moment, nie wiedząc co ze sobą począć. Postanowiła po chwili wejść na jakiś czat. W końcu nie tylko ona czuła się dziś beznadziejnie. Może rozmowa z kimś zupełnie obcym poprawi jej humor?...
Zalogowała się na jakiejś stronce jako PissedOff i zaczęła przeszukiwać listę obecnych osób. Po pewnym czasie dokładnego przeszukiwania znalazła jeden interesujący ją nick: BrennyBear. Ktokolwiek to był, zaintrygował ją tą śmieszną nazwą. Zastanawiając się głęboko, czy dobrze robi (przyp. aut. a jak to jakiś zboczeniec?;p), zaczęła rozmowę:

PissedOff: Hej!
BrennyBear: Cześć!

I nastał moment przerwy, w której żadne z nich nic nie pisało. W końcu chłopak napisał do niej:

BrennyBear: Czyżbyś był(a) w złym humorze?
PissedOff: Była. I tak… niestety tak.
BrennyBear: Czyli nie jestem jedyną osobą, która miała dzisiaj ciężki dzień… A co się stało?
PissedOff: Popełniłam błąd… zaufałam pewnej osobie, a ta mnie bardzo skrzywdziła. Nie potrafię jej wybaczyć, a właściwie… jemu.
BrennyBear: Ale czemu? Może warto spróbować?
PissedOff: Nie… To nie możliwe.
BrennyBear: Tak mocno cię zranił?
PissedOff: Zbyt mocno… to co zrobił … ja … to niewybaczalne.
BrennyBear: Rozumiem.
PissedOff: A ty? Co się stało? Dlaczego ty jesteś smutny?
BrennyBear: Pewnego dnia w moim życiu pojawiła się niezwykła dziewczyna. To było prawie jak cud… ona była prawdziwym cudem…
PissedOff: Była?
BrennyBear: Tak… Czułem do niej coś więcej, ale jak zwykle musiałem wszystko spieprzyć… To już koniec i nie ma szans, żeby to naprawić.
PissedOff: Jesteś pewny? Może jeszcze da się to uratować?
BrennyBear: Niestety nic nie można zrobić.
PissedOff: Tak mi przykro…

Rozmawiała z nim do późna w nocy. Kto by pomyślał, że z zupełnie nieznajomą osobą można tak swobodnie rozmawiać... Może właśnie dlatego tak łatwo było jej wylać z siebie wszystkie żale? Dzięki niemu poczuła się wolna, wolna od problemów… od Brendona. Na odchodnym umówili się na kolejne spotkanie na czacie. Ciekawe co z tego wyniknie…



Always up or down, never down and out...
komentarze [3]

02.This is the end for you my friend. I can't forgive, I won't forget... >> poniedziałek, 16 czerwca 2008 16:39:35
Zmęczona rzuciła się na łóżko. Nie mogła uwierzyć, że zaliczyła taką wpadkę! Spotkać jednego z członków zespołu i nawet go nie rozpoznać? Na dodatek miał to być jej przyszły pracodawca!
- Głupia - palnęła się w głowę. – Auuu!- syknęła, trąc miejsce, w które się uderzyła.
Uniosła się na ramionach i usiadła po turecku na łóżku. Chwyciła laptopa leżącego na szafce nocnej i włączyła Google w celu poszukania jakichś informacji o chłopaku o czekoladowych oczach.
- Brendon… Brendon… Panic! At The Disco - mruczała pod nosem, przeglądając wyszukiwarkę. - JEST!- krzyknęła uradowana, klaszcząc w ręce i wodząc wzrokiem po tekście - Brendon Urie… bla bla bla… wokalista!!? Oł shit! Nie no, Joy, jesteś genialna! Konwersowałaś sobie w najlepsze ze swoim pracodawcą, nawet nie wiedząc, że jest wokalistą i liderem zespołu! Bossko – skarciła samą siebie.
Doinformowała się jeszcze trochę co do reszty zespołu i o nim samym (zespole), żeby nie wyjść na totalną ignorantkę. Kiedy już znalazła wszelkie interesujące ją informacje, poszła do łazienki, wzięła szybki prysznic i położyła się spać.
***
- Kochanie wstawaj. Śniadanie gotowe - usłyszała czyjś głos, próbujący przedrzeć się przez resztki jej snu.
Powoli uniosła powieki i spojrzała na ciotkę, która stała koło jej łóżka, próbując ją jakoś dobudzić.
- Tak ciociu, już wstaję – wymruczała, nawet nie otwierając powiek i przewracając się na drugi bok.
- Tylko prędko, bo dzwonił jakiś pan – stwierdziła ciotka.
- Co?!? – dziewczyna zerwała się z łóżka, patrząc z przerażeniem na kobietę.
- Jakieś pół godziny temu dzwonił jakiś mężczyzna… Mark, czy jakoś tak… prosił, żebyś przyszła wcześniej, bo chcą zrobić spotkanie organizacyjne i przymiarki kostiumów.
Dziewczyna złapała się za głowę. Mark? To przecież menager zespołu!
- Wcześniej czyli o…?- zapytała lekko zdenerwowana brunetka.
- Koło jedenastej - odpowiedziała spokojnie ciotka.
Joy poszukała wzrokiem zegarka i wytrzeszczyła oczy.
- FUCK! - pisnęła, patrząc na godzinę. Była już 10.20.
- Joy! W tym domu nie używa się wulgarnych słów! - upomniała ją ostro ciocia.
- Tak, tak. Oczywiście… wymsknęło mi się- odpowiedziała dziewczyna, zbywając ją i w między czasie wyciągając jakieś sensowne ciuchy z jeszcze nie całkowicie rozpakowanych toreb - za 10 minut zejdę na śniadanie.
- Dobrze - odpowiedziała kobieta i nareszcie wyszła z pokoju.
Joy umyła się szybko, umalowała, ubrała i po chwili już siedziała przy stole, wcinając naleśniki, aż jej się uszy trzęsły (przyp. aut. za dużo reklam;p).
- Dziękuję - krzyknęła szybko i już jej nie było.
Gnała jak głupia chodnikiem, wypatrując, czy gdzieś w pobliżu nie kręci się taksówka. Gdy w końcu jakąś wypatrzyła, zaczęła machać jak głupia, aż kierowca podjechał, żeby sprawdzić, czy dziewczyna nie ma przypadkiem nic z głową. Szybko wskoczyła do pojazdu, zapięła pasy i podała adres.
„Jezu! Szybciej" powtarzała sobie w myślach, ale gość jak na złość jechał żółwim tempem. „Cholera! Zachciało mu się być przepisowym. Ja tu się zaraz spóźnię!!!” myślała, nerwowo stukając palcami w siedzenie samochodu.
- Może pan szybciej? Naprawdę mi się spieszy - powiedziała błagalnym tonem.
- Ale tu jest og…
- Wiem co tu jest! Ale ja mam za pięć minut bardzo ważne spotkanie! Jak się spóźnię, to nie ręczę za siebie! - wybuchła.
-Oczywiście. Już – powiedział posłusznie kierowca i przyspieszył.
Mimo to Joy coraz bardziej zaczynała się denerwować. Może i niewielkie spóźnianie jest w dobrym guście, ale na pewno nie w pierwszy dzień pracy!
Pięć minut później kierowca zatrzymał się przed jakimś budynkiem. Dziewczyna odetchnęła z ulgą. Była na czas. Zapłaciła kierowcy i puściła się biegiem w stronę drzwi jednej z wielkich hal. Pchnęła je szybkim ruchem, wpadając z impetem do pomieszczenia. Szybko je pchnęła i wpadła do pomieszczenia.
Wszystkie oczy skierowały się w jej stronę, a dziewczyna stała jak głupia, nie wiedząc co powiedzieć. Na dodatek chyba była ostatnia.
- Yyyy… przepraszam za spóźnienie - wymruczała cicho pod nosem i spuściła głowę.
- Nic się nie stało. Właściwie to jesteś punkt jedenasta - uśmiechnął się do niej menadżer.
Brunetka odwzajemniła uśmiech i rozejrzała się po sali. Dostrzegła jedno wolne miejsce… koło Brendona. Przełknęła głośno ślinę, ale nie ruszyła się z miejsca.
- Proszę siadaj - ponaglał ją Mark.
-Tak… już - odpowiedziała i powoli ruszyła w stronę wokalisty.
- Można? - spytała cicho.
- Oczywiście - wyszczerzył się chłopak. Odwzajemniła uśmiech i zajęła koło niego miejsce koło.
Spotkanie dłużyło jej się niemiłosiernie. Myślała, że się zaziewa na śmierć… Po jakiejś godzinie spojrzała ze znudzeniem na zegarek:

12.15

13.09

13…

- Już niedługo - usłyszała cichy szept z boku.
Odwróciła głowę w tę stronę i spojrzała skonsternowanym wzrokiem na mówcę.
- Słucham?- zapytała inteligentnie.
- Już niedługo - powtórzył jej spokojnie Brendon, susząc te swoje bieluteńkie zęby.
- Że co? - popatrzyła na niego zdziwiona.
- No spotkanie - zaśmiał się cicho. - A co myślałaś?
- Jaaa? - spaliła pięknego buraczka - Nic nie myślałam!
- Tak? - spytał wyraźnie rozbawiony brunet.
- Czy ty naprawdę musisz mnie łapać za słówka? - zapytała oburzona i odwróciła wzrok.
- Nie obrażaj się - powiedział Bear skruszonym tonem. - Przecież ja nic nie mówię.
- Ja się nie obrażam, ja po prostu staram się słuchać. W przeciwieństwie do niektórych! - warknęła i spojrzała wymownie na Bdena.
- Oho! Jaka ostra - zaczął chichotać.
„Joy, bądź mądrzejsza!!" uspokajała się w myślach. „Nie daj się sprowokować!!"
Resztę tego niezwykle pasjonującego spotkania przetrwała w milczeniu, starając się skupić na słowach Marka. Dowiedziała się, że piosenka, do której kręcony będzie teledysk, nosi tytuł 'I Write Sins Not Tragedies'. Ma to wyglądać jak ślub, czy coś w tym stylu. Poza tym będzie w nim pełno tancerek i dziwnych strojów.
Jakąś godzinę później wszystko się skończyło i Joy została zaproszona do przymiarek. Stroje były niezwykłe. Wręcz… dziwne. W czymś takim jeszcze nie występowała i spokojnie mogła powiedzieć, że są to stroje cyrkowe, bo na takie wyglądały. Czyli nie przesłyszała się podczas spotkania. To naprawdę miał być jakiś cyrk. Dziewczyna czuła się w tych kostiumach nie jak tancerka, ale jak jakaś akrobatka. „Brakuje tylko przystojnego akrobaty!” uśmiechnęła się pod nosem.
- Ślicznie wyglądasz - stwierdził ktoś za nią, przez co podskoczyła wystraszona.
Odwróciła się i ujrzała Brendona. Przez myśl przeszło jej nawet, że może ten chłopak ją śledzi, ale szybko wyrzuciła tę głupią myśl z głowy.
- Wystraszyłeś mnie - zauważyła.
- Przepraszam, nie chciałem - uśmiechnął się ciepło Bden. - Przyszedłem zobaczyć jak się prezentuje nasza najlepsza tancerka.
- I jak? – zapytała, obracając się powoli wokół własnej osi. Sukienka okręciła się z wdziękiem razem z nią.
- Bossko – westchnął brunet, przyglądając się dziewczynie rozmarzonym wzrokiem.
- Dzięki - zaśmiała się Joy.
- Już się nie mogę doczekać zdjęć – wyznał po chwili Bden.
- Tak? A czemu? - zdziwiła się dziewczyna.
- Wiesz… Pierwszy teledysk… Zawsze o tym marzyłem! Poza tym, ładne tancerki będą – stwierdził i puścił do niej oczko.
- Powinnam się była domyślić… Typowy samiec! - fuknęła, zakładając ręce na piersi i mrużąc niebezpiecznie oczy.
- Hej! Każdy ma jakieś swoje potrzeby! - próbował się bronić Bren.
- Niestety ty też - zauważyła rozbawiona jego reakcją dziewczyna.
- Dlaczego od razu niestety? Ja tylko chcę troszkę ciepła i piękna wokół siebie - zrobił słodka minkę.
- Ach tak? Więc ciepło… - powiedziała, podając mu bluzę - i piękno - oraz lusterko. Bear zrobił zdziwioną minę, a Joy wyszła z pomieszczenia, słysząc za sobą jeszcze śmiech chłopaka. Sama również nie mogła powstrzymać się od śmiechu.
Przebrała się szybko i poszła oddać strój do garderoby.
- Ubranie doskonale leży - powiedziała do krawcowej, uśmiechając się promiennie i podając kobiecie swój kostium.
Pożegnała się jeszcze grzecznie i skierowała ku wyjściu. Na zewnątrz jej ogromne szczęście jak zwykle się do niej uśmiechnęło i napatoczyła się na mości Uriego.
- Do domciu? - zapytał zadowolony.
- Na to wygląda - uśmiechnęła się delikatnie i minęła go.
- Poczekaj - zawołał za nią, próbując ją dogonić.
- Tak? - zatrzymała się, spoglądając na twarz chłopaka.
- Masz może teraz jakieś plany? - zapytał.
- Eeee, obiad? – zakpiła brunetka.
- To się idealnie składa, bo umieramy z chłopakami z głodu – wyszczerzył się Brendon.
- Nie widzę problemu… smacznego – stwierdziła dziewczyna, próbując go wyminąć.
- Yyy? A może zjesz z nami? – zaproponował, nie dając za wygraną.
- Ja? – zadała to jakże inteligentne pytanie.
- No… tak. Plosię – powiedział Bden, obdarzając ją wzrokiem zbitego psa. Tak ją tym rozbawił, że nie potrafiła się dłużej opierać.
- Dobrze - zgodziła się w końcu
- Serio? - spytał wyraźnie zdziwiony Bear.
- Tak… A co? Mam jeszcze zmienić zadnie?
- Nie, nie! Broń Boże! - pospiesznie zaprzeczył. - Strasznie się cieszę, że się zgodziłaś. Zapraszam do mojego pojazdu.
- A chłopaki?
- Dojadą do nas.
- Ok.
Wsiadła do samochodu, poważnie zastanawiając się czy dobrze zrobiła, przyjmując zaproszenie. W końcu nawet go dobrze nie znała. A jeśli wywiezie ją do lasu i zrobi jej krzywdę? Właściwie to sam sobie zrobiłby tym krzywdę, bo jakby mu przywaliła w tę jego słodką buźkę, to…
- Joy? - przerwał brutalnie jej rozmyślania Brendon.
- Tak?
- Jesteś na mnie zła? - zapytał.
- Ja? - spytała zdziwiona dziewczyna.
- No wiesz… za to, że ci nie powiedziałem wczoraj kim jestem.
- Daj spokój! - przerwała mu z uśmiechem. - To mnie jest strasznie głupio, że nie wiedziałam kim jesteś! Jakoś nie miałam okazji się zainteresować tym wszystkim i nie szukałam, żadnych wiadomości o waszym zespole. Wiem, że wyszłam na kompletną idiotkę.
- Nie, no coś ty - uśmiechnął się ciepło. - Ja tam cię lubię – stwierdził, a Joy spojrzała na niego zdziwiona.
- Naprawdę? Przecież wcale mnie nie znasz - zauważyła.
- E tam wcale… Przesadzasz! - wystawił jej język. - Ładna, zabawna, wygadana i taka naturalna - wyliczał.
- Przestań! - przerwała mu ze śmiechem - Bo się zacznę rumienić.
- Z rumieńcem też ci ładnie – wyszczerzył się Bear.
- Brendon! - zganiła chłopaka.
- Dobra, już dobra. Jesteśmy na miejscu - oznajmił.
Wyszli z samochodu (przyp. aut. po tym jak Bden otworzył jej kulturalnie drzwi;p) i stanęli przed jakąś małą knajpką. Szyld nad wejściem głosił: 'Around the World'.
- Fajna nazwa? Czemu tak? - spytała brunetka.
- Zobaczysz jak wejdziemy - odpowiedział tajemniczo Bear.
Zaintrygowana weszła do lokalu, a jej oczom ukazała się przestronna sala w ciepłych kolorach. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiające różne zakątki świata, a stoliki i kanapy wyglądały jakby je żywcem wyjęto z samochodu. Blat baru przedstawiał mapę, a całe pomieszczenie oświetlały lampy w kształcie globusów.
- Wow! - tylko tyle była w stanie z siebie wydusić.
- Robi wrażenie, co?- zapytał uradowany Bden.
- O tak! - przytaknęła głową.
- Zapraszam do naszego ulubionego stolika. Chłopaki powinni się zjawić za jakieś trzy minuty – stwierdził Brendon, kierując ją w stronę jednego ze stolików stojących przy oknie.
Bear miał rację, bo po chwili dołączyła do nich pozostała trójka Panicznych. Chłopaki okazali się naprawdę fajną grupą ludzi. Joy czuła się świetnie w ich towarzystwie. No może byłoby lepiej, gdyby nie Brent. Koleś wyraźnie jej nie lubił. I nawzajem. Atmosfera była jednak rozluźniona, a brunetka rozmawiała z nimi dosłownie o wszystkim. Tak właściwie to prawie nic nie zjadła, bo nie miała nawet czasu, żeby coś przekąsić w trakcie rozmowy.
- Joy? Tak właściwie to… Czemu przeprowadziłaś się do Vegas? - spytał w pewnym momencie Spencer.
Wszyscy zamilkli, a brunetka zupełnie nie wiedziała, co im odpowiedzieć. Prawdę czy coś wymyślić? To byłoby nie fair ich okłamywać! W końcu są dla niej tacy mili… Jeśli chciała znaleźć przyjaciół, to z pewnością nie mogła ich okłamywać, ale nie była jeszcze gotowa na żadne wyznania.
- Yyyy, booo... - próbowała wymyślić coś naprędce. - Tutaj są lepsze szkoły. No i te wszystkie zlecenia. W Las Vegas dzieje się dużo rzeczy – wyjaśniła i właściwie nie skłamała. Po prostu nie powiedziała całej prawdy.
- Masz rację. Tu się nie da nudzić - zauważył Spenc.
- Poza tym mieszkam niestety u cioci, choć nie jest tak źle – dodała. – Ale jak uzbieram pieniądze, to na pewno wynajmę własne mieszkanko - uśmiechnęła się ciepło.
- A co ze szkołą? - odezwał się RyRo.
- Jakaś tam jest.
- Jakaś?
- Nom... Po zdjęciach idę do liceum.
- Nas niestety czeka to samo - westchnął Brent.
- Szkoła to przekleństwo! - zawtórował mu Urie.
- Ej, chłopaki! Nie przesadzajcie. Nie będzie tak źle. W końcu będziemy w tej samej klasie - zauważył entuzjastycznie Spencer.
- No właśnie! Ja nie rozumiem, czemu wy narzekacie - wyszczerzył się Ry.
- Odezwał się mądrala. Skończył liceum i teraz zaciesza - oburzył się Brent.
- Ooo! To ty już skończyłeś szkołę? – Joy zwróciła się do Ryana.
- Tak… Rok temu - odpowiedział. – Właściwie to zacząłem też studia, ale przerwałem je po pół roku chodzenia na zajęcia.
Resztę czasu spędzili na żartach i opowiadaniu sobie głupawych historii. Szczególnie tych z dzieciństwa. Niestety o szóstej Joy musiała się zbierać, tak więc pożegnała się grzecznie z chłopcami (wyperswadowała przy okazji Bdenowi pomysł odwiezienia jej do domu, bo miała naprawdę tylko parę kroków, a spacer z pewnością jej się przyda, żeby poukładać sobie wszystko w głowie) i wyszła z lokalu.
***
Następnego dnia już o 10 rano stawiła się na zdjęciach. To co robili nie przypominało nagrań, w których do tej pory brała udział. Ta praca była bardziej zabawą niż jakąś ciężką harówką. Przez cały czas się wygłupiali, śmiali i żartowali dosłownie ze wszystkiego. Chłopaki nie dawali jej chwili wolnego, bo cały czas kręcili się gdzieś w pobliżu, choć Brent nadal nie był dla niej jakoś szczególnie miły. Co do reszty? Chyba naprawdę ich polubiła. Są tacy spontaniczni i zwariowani! Zupełnie po nich nie czuć, że odnieśli sukces. Są naprawdę sobą!
***
Dzień za dniem tak wyglądała właśnie jej praca. Z każdą chwilą coraz mocniej przywiązywała się do Panicznych, a najbardziej chyba do Brendona… Sama nie wiedziała, co czuła do tego chłopaka! Na pewno przyjaźń, ale czy przypadkiem nie coś jeszcze?
Pewnego dnia Joy wreszcie się zmotywowała i postanowiła wybrać się do meblowego. Po prostu nie mogła już patrzeć na swój pokój! Na dodatek nadarzyła się okazja na małe zakupy.
Właśnie skończyła piąty dzień zdjęć i już miała dzwonić po taksówkę, kiedy natknęła się na Uriego.
-Toxic! - Tak właśnie niedawno nazwali ją chłopcy. Częściowo od jej nazwiska, a częściowo od charakterku, bo była bardzo wybuchowa, lubiła sarkazm i ciągle musiało się coś wokół niej dziać.
- Hmmm? - zapytała.
- Gdzie się wybierasz? – spytał Bear.
- Do meblowego - wyszczerzyła się.
- Meblowego?? - dziwował się mości Urie.
- A i owszem. Jakoś muszę wreszcie ten mój pokój umeblować – wyjaśniła brunetka.
- To nie masz mebli? – spytał Bden niezbyt inteligentnie.
- Mam wariacie, ale takie, że lepiej by było, gdyby żadnych nie było - zaśmiała się dziewczyna.
- Acha - też zaczął suszyć ząbki. - A mogę z tobą jechać? Proszę! Proszę, proszę, proszę! - nie chciał jej nawet dać dojść do głosu.
- Dobrze już - westchnęła cicho i powlekła się z wokalistą do jego kabaczka.
W sklepie myślała, że się pod ziemię zapadnie! Jeśli ktoś planuje zakupy z Brendonem, to nie polecam. Nikt takiej wsi ci nie zrobi jak on sam!! Ale cóż? Z drugiej strony to on gust ma boski. Joy była pewna, że sama by sobie nie poradziła. Bden naprawdę pomógł jej z meblami, farbami, itd. Zna się chłopak na rzeczy. Ale i tak Joy była pewna, że więcej się w tym sklepie już nie pokaże!
Po owocnych zakupach, i praktycznie jej wyjściu z siebie, Bear, w ramach przeprosin, zaprosił ją na lody. Widać wiedział jak ją udobruchać.
Konsumowali właśnie pyszne owocowe rożki, kiedy wypatrzyła…
- Budka fotograficzna! - pisnęła i pociągnęła biednego wokalistę za sobą.
- Joy! Spokojnie.
- Nie marudź! Chodź!!! Ja kce zdjęcie!!
Brendon nie potrafił jej odmówić i już po chwili zrobili sobie małą sesję zdjęciową. Robili różne głupie miny, śmiali się i wyczyniali różne dziwne rzeczy. Kiedy wyszli z budki, Joy musiała trzymać się za obolały ze śmiechu brzuch.
- Muszę chyba coś ze sobą zrobić – stwierdziła nagle dziewczyna.
- Co masz na myśli? – zapytał Bden.
- No nie wiem… Może zrobię coś z włosami… - zastanawiała się na głos.
- To świetny pomysł! Mi też by się przydała wizyta u fryzjera. Idziemy? – spytał Brendon.
Joy kiwnęła z aprobatą głową i już chwilę później siedzieli na fotelach jednego z salonów fryzjerskich. Brunetka chciała dużej zmiany. Chciała, żeby fryzura odzwierciedlała to, co teraz czuła. Szczęście, bo właśnie to uczucie towarzyszyło jej podczas tych kilku dni spędzonych z chłopcami. Poza tym miała one być znakiem, na rozpoczęcie nowego życia.
***
Wieczorem Joy stanęła przed lustrem, podziwiając swoje… różowe włosy. Tak. To duża zmiana. Ale razem ze starym kolorem włosów, zostawiła za sobą stare życie, starą Joy. Już nie chciała być tą smutną, zagubioną dziewczyną, którą była jeszcze parę dni wcześniej. Chłopcy pomogli jej odkryć tą wesołą, zwariowaną i zawsze uśmiechniętą dziewczynę, którą była jeszcze przed wypadkiem. Pomogli jej znowu być sobą.
Kiedy już spokojnie kładła się spać do swojego nowego łóżka, spojrzała na równie nową szafkę nocną, na której stało oprawione w ramkę zdjęcie z… jej nowym przyjacielem. A przynajmniej tak jej się wydawało, bo niedługo miała się okazać, jak bardzo się myliła. Nawet nie zdawała sobie w tym momencie sprawy, że osoba, której zaufała i z którą czuła się wspaniale, może ją tak bardzo skrzywdzić.
***
-…dziękuję za współpracę i waszą ciężką pracę. Mi i chłopcom było bardzo miło - tak zakończył swoją przemowę Mark po skończeniu zdjęć.
Wszyscy byli bardzo zadowoleni z efektu, ale dało się odczuć pewien rodzaj smutku, który panował wśród ludzi. Za szybko się to wszystko skończyło! Joy też przyzwyczaiła się do tej pracy i pokochała Panicznych. Chyba można nawet powiedzieć, że się z nimi zaprzyjaźniła. Dlatego właśnie wcale nie było jej do śmiechu, że już skończyli nagrywać.
Stała właśnie z resztą tancerek przed halą, choć co prawda nie bardzo ich słuchała. Było jej przykro. Przywiązała się do nich, a to już koniec…
- Joy! Joy! - nagle ktoś potrząsnął nią, by zwrócić na siebie jej uwagę.
- Tak? Słucham? - popatrzyła nieprzytomnie na Mark'a.
- Żyjesz? - zaśmiał się.
- Ciężko, ale żyję- stwierdziła.
- A czemu tak ciężko? - zapytał zdziwiony.
- Trochę mi szkoda, że to już finisz… naprawdę lubiłam z wami pracować.
- Ha! I tu mam dla ciebie propozycję - uśmiechnął się do niej cwaniacko.
- Tak? - jej oczy momentalnie zabłysły.
- Widzisz…. Chłopaki potrzebują tancerek na koncerty, więc może… Chciałabyś?
- Czy chciałabym?!? OCZYWIŚCIE!!! - krzyknęła uradowana i mocno go przytuliła. - Dziękuję- dodała uradowana
- Nie ma za co. Jesteś najlepsza i to chłopaki powinni dziękować tobie za to, że się zgodziłaś! – wyznał manager.
Po chwili już trzymała w ręce podpisaną umowę. Tak bardzo się cieszyła!!! Będzie mogła robić to, co kochała najbardziej z ludźmi, których naprawdę lubiła. I w końcu miała stałą pracę, a nie jakieś ciągłe zlecenia.
Przy wyjściu złapali ją chłopcy, gratulując angażu i zapewniając, jak bardzo cieszą się z tego, że będą się spotykać nawet po zakończeniu zdjęć. Nagle Ryan wyskoczył z pomysłem, żeby iść do klubu to uczcić. Joy zgodziła się bez zastanowienia.
Po jakiejś pół godziny siedzieli w piątkę przy stoliku i popijali drinki (z wyjątkiem Joy, która popijała soczek pomarańczowy). A to oblewali jej nowy angaż, a to koniec zdjęć… Za dużo było tego oblewania. Przynajmniej dla niektórych…
- Czy mogę prosić panią do tańca ? - spytał nieźle już wstawiony Brendon.
Skrzywiła się, patrząc na jego stan. Wiedziała, że się cieszy, że udało im się nagrać ich pierwszy teledysk, ale chyba jednak za dużo wypił. Mimo to Joy zgodziła się, patrząc na jego błagalny wzrok i poszła z nim na parkiet.
Tańczyli i wygłupiali się jak zwykle, aż w pewnym momencie Brendon powiedział jej na ucho:
- Jesteś naprawdę śliczna, wiesz?
- Daj spokój Bden! - zaśmiała się, myśląc, że jak zwykle bawi się ze nią w głupie flirty.
Ale to było coś innego. Wokalista nagle przysunął się do niej na niebezpiecznie bliską odległość i namiętnie ją pocałował!
Dziewczyna stanęła jak wryta, ale po chwili wyrwała się z jego uścisku i uderzyła go w twarz.
- Ty pierdolony pijaku! Co ty sobie myślisz?! - krzyknęła ze łzami w oczach. - Nigdy więcej się do mnie nie zbliżaj! Rozumiesz?! - rzuciła jeszcze i wybiegła z klubu.
Biegła i biegła… w końcu gdzieś z przodu zamajaczył jej jej dom. Jak burza wpadła do niego i pobiegła na górę, nawet nie witając się z ciocią. Rzuciła się na łóżko i zaniosła okropnym szlochem.
- Jak on mógł? Ufałam mu! Co za idiota! Jak bardzo się myliłam… myślałam… myślałam, że jest inny! Czemu ja się zawsze muszę mylić?? – mówiła do siebie, płacząc w swoją ulubioną poduszkę.
Powoli podniosła wzrok i spojrzała na zdjęcie stojące na szafce. Szybkim ruchem wzięła je do ręki i wyciągnęła fotografię z ramki. Wyszła na balkon, podarła starannie wspólną fotografię na milion malutkich kawałeczków i wyrzuciła jej fragmenty przez barierkę.
- Nie wybaczę… - szepnęła, ocierając łzę spływającą po policzku.
Always up or down, never down and out...
komentarze [6]

01.We can turn our backs on the past and start over >> niedziela, 8 czerwca 2008 17:37:27
Miłego czytania:*

Rozejrzała się po swoim nowym pokoju. To co zobaczyła z pewnością nie przyprawiło ją z zachwytu o zawrót głowy. Białe ściany i proste meble ... wszystko to sprawiało, że czuła się jak w jakimś szpitalu. Wszystko było tutaj takie bez wyrazu, puste i nieprzyjemne. Przygnębiający klimat tego pomieszczenia przyprawił ją o dreszcze i momentalnie pogorszył jej nastrój.
- Ehhh… Chyba czeka mnie jeszcze remont - mruknęła pod nosem, wyciągając ze złością ubrania z walizki i rzucając je na łóżko. – Brakuje tutaj tylko podstarzałego, łysiejącego doktorka w białym kitlelku! - dodała sarkastycznie i wzięła się za dalsze rozpakowywanie.
Układała starannie ubrania w szafie, krytycznie przyglądając się swojej garderobie. Każda bluzka i para spodni była w ciemnych kolorach… Pozostałości po żałobie. Nie przeszkadzało jej to jednak, bo te kolory w pewnym sensie odzwierciedlały to, co teraz czuła. Wiedziała jednak, że niedługo będzie musiała to zmienić i zacząć ubierać się w inne kolory, choć wcale jej się to nie uśmiechało.
Od śmierci rodziców nie potrafiła cieszyć się życiem tak, jak dawniej. Wszystko straciło barwy. Każdy dzień był szary i monotonny, a ona wpasowała się w otoczenie... Radość i szczęście stały się powoli odległymi uczuciami, zapomnianymi z czasem, które jeszcze kiedyś tak desperacko chciała odzyskać. Była to jednak syzyfowa praca, bo wszystko wywoływało w niej wspomnienia minionych lat. Każde słowo, zapach, przedmiot… Przypominały jej rodziców i powodowały, że obwiniała się o ich śmierć.
Jedynie w muzyce i tańcu czuła się naprawdę wolna od wszystkich problemów. Tylko wtedy była szczęśliwa. W tańcu nic się nie liczyło. Była tylko ona i jej mały świat. A muzyka? Pozwalała zapomnieć o codzienności, zagubić się w marzeniach i uciec przed innymi. Te dwie pasje utrzymywały ją przy życiu. Dawały siłę i nadzieję. Dzięki nim mogła też zarobić.
Od kilku lat występowała na koncertach. Od czasu do czasu udało jej się nawet dostać angaż do jakiegoś teledysku, a z czasem stała się profesjonalną tancerką i na tyle rozpoznawalną osobą, że dostawała coraz więcej ofert pracy. Teraz już nie musiała szukać zleceń. To one znajdywały ją. Mimo to postanowiła przenieść się do ciotki mieszkającej w Las Vegas. Najwięcej dzieje się właśnie w tym mieście i nie widziała najmniejszego sensu w jeżdżeniu tam i z powrotem za każdym razem, kiedy pojawiła się jakaś ciekawa oferta.
Nic właściwie nie trzymało jej w Nowym Jorku, co najwyżej dom rodzinny, ale łatwo się z nim rozstała, bo to właśnie z nim wiązały się wszystkie wspomnienia, które wciąż tak mocno bolały. No i może cmentarz, na którym leżeli jej rodzice, ale przecież w każdej chwili mogła tam pojechać.
Jeśli już mowa o castingach, to za pół godziny miała być gotowa do wyjścia. Jakiś miejscowy zespół szukał tancerek do teledysku i Joy chciała spróbować u nich swoich sił.
Spojrzała na zegarek i zostawiła rozpakowywanie walizek na później, bo musiała się przygotować do wyjścia. Przebrała się w wygodniejsze ciuchy, które nie krępowałyby jej ruchów podczas tańca. Wiedziała, że aby wypaść dobrze, musiała mieć pełną swobodę ruchów, których nic nie mogło krępować nawet w najmniejszym stopniu.
Spojrzała w lustro i westchnęła cicho. Zielonymi oczami, które dawno już straciły swój blask, spoglądała na nią smutna, zagubiona dziewczyna. Odwróciła wzrok. Jak bardzo się zmieniła przez tych parę lat. Stara Joy zniknęła i brunetka nie wiedziała, czy kiedykolwiek powróci.
Zeszła na dół do kuchni, gdzie jej ciotka szykowała właśnie obiad. Dziewczyna nie przepadała za nią, bo kobieta miała bardzo staroświeckie zasady i była stanowcza. Poza tym lubiła wtrącać się w cudze sprawy, choć nikt jej o to nie prosił.
- Wychodzę – zakomunikowała Joy, wychylając głowę zza futryny drzwi kuchennych.
- Dokąd? – zapytała ciotka.
Joy westchnęła cicho. Czy ta kobieta musiała zawsze wszystko wiedzieć? No cóż… Musi do tego przywyknąć, jeżeli zamierza u niej zamieszkać na jakiś czas.
-Na casting, wrócę koło ósmej- oznajmiła i już chciała wyjść, kiedy ciotka przywołała ją z powrotem ruchem ręki.
- Martin cię zawiezie. Nie ma potrzeby, żebyś szła na piechotę – stwierdziła tym swoim nie znoszącym sprzeciwu tonem.
- Nie trzeba ciociu. Dam sobie radę. Zresztą… Przyda mi się trochę świeżego powietrza – próbowała wymigać się dziewczyna.
- Świeże powietrze nigdzie ci nie ucieknie. Poza tym twój kuzyn i tak musi zrobić mi zakupy – zakończyła dyskusję kobieta, nawet nie patrząc na Joy.
-No więc dobrze - przytaknęła z rezygnacją brunetka, nie chcąc wywoływać niepotrzebnej kłótni.
Wyszła na dwór i usiadła na schodkach, czekając na Marty’ego. Joy dosyć dobrze się z nim dogadywała, chociaż był od niej parę lat starszy. Pracował w szkole, do której dziewczyna miała chodzić, choć nie była pewna czy jej to pomoże, czy raczej zaszkodzi.
Po paru minutach wyłonił się w końcu z domu z listą zakupów długości Wielkiego Chińskiego Muru w jednej ręce i kluczykami w drugiej.
-Zapraszam- powiedział z uśmiechem.
Wsiadł do samochodu i czekał aż brunetka zrobi to samo. Po chwili wstała z ociąganiem ze swojego miejsca i powolnym krokiem ruszyła w stronę czarnej Hondy. Usiadła na siedzeniu obok kierowcy i zapięła pasy. Od czasu tego tragicznego wypadku zawsze zapinała pasy, nawet jeśli podróż miała trwać tylko kilka minut.
- To gdzie mam cię podwieźć młoda? - zapytał Marty.
- Pod ten adres - odpowiedziała i wręczyła kuzynowi karteczkę z wypisanymi danymi. Ten przytaknął tylko i odpalił silnik.
Przez całą drogę nie odezwała się ani słowem, rozmyślając o tym, co czeka ją w ciągu paru następnych godzin. Jednak wbrew pozorom nie denerwowała się. Czasy, kiedy miała tremę przed każdym występem, dawno minęły. W pewnym momencie zdała sobie po prostu sprawę z tego, że nie ważne co inni o niej myślą, ale czy jest zadowolona z tego co robi.
Jej zamyślenie sięgnęło takiego stopnia, że nawet nie zauważyła, kiedy dojechali na miejsce. Martin musiał nią potrząsnąć, żeby ocknęła się z głębokie transu.
- Joy! Hej Joy! Już dojechaliśmy!
- Co? Aaaa… dzięki- uśmiechnęła się głupkowato i wysiadła z auta.
Stanęła przed ogromnym białym budynkiem, który przywołał jej na myśl Partenon. Ale tylko chwilowo. Jak się później okazało przed jej oczami rozciągał się widok na gmach teatru.
Powoli, pokonując dziesiątki stopni, dotarła do ogromnych, dębowych drzwi. Pchnęła je delikatnie i weszła do środka. Wszędzie było mnóstwo dziewczyn, a wszystkie rozciągały się lub ćwiczyły swoje układy. Na pierwszy rzut oka widać było, że to zupełne amatorki.. Tylko u nowicjuszek widać tak ogromny strach w oczach, a jednocześnie tyle nadziei. „Życzę wam szczęścia, będzie wam potrzebne. Wiem jak ciężko jest się wybić. Czeka was duuużo pracy” pomyślała i ruszyła w kierunku punktu zgłoszeń gdzie dostała numerek, na którym widniała liczba 1005. Joy skrzywiła się lekko i zastanawiała się jak długo będzie musiała czekać na swoją kolej.
Usiadła na pierwszym wolnym miejscu, które udało jej się dojrzeć i wyjęła z torby swojego iPoda. Po chwili usłyszała pierwsze dźwięki 'First Try'. Nie wiedziała czyja to piosenka, bo ściągnęła ją kiedyś przez przypadek, ale kochała ją nad życie. Zawsze potrafiła wywołać uśmiech na jej twarzy. Głos chłopaka, który ją śpiewał był taki ciepły i miękki, a zarazem taki męski.
Przymknęła oczy, wsłuchując się w dźwięczny głos wokalisty i uciekając na chwilkę do swojego małego świata. Coś jednak uporczywie nie dawało jej spokoju.
Powoli odemknęła powieki i rozejrzała się po sali. Jej oczy napotkały wzrok pewnego przystojnego młodzieńca o przepięknych, czekoladowych oczach. „Mogłabym utopić się w tym spojrzeniu!!!” przemknęło jej przez myśl. „Joy, uspokój się! Co ty wygadujesz?!" skarciła się momentalnie w duchu.
-Denerwujesz się?- spytał.
-Nie-odpowiedziała krótko, przyglądając się z ciekawością nieznajomemu.
- Widać to po tobie - zauważył. - Każda dziewczyna tutaj ćwiczy albo chodzi nerwowo w tę i z powrotem. A ty? Jak gdyby nigdy nic siedzisz i słuchasz sobie muzyki - stwierdził, obdarzając ją zniewalająco białym uśmiechem.
- To dobrze czy źle? - zaśmiała się. Jego niezwykły uśmiech, powodował, że miała ochotę śmiać się i tańczyć. Dawno nikomu nie udało się doprowadzić jej do takiego stanu.
- Oczywiście, że dobrze! Zbytnie zdenerwowanie sprawia, że czujesz się niepewnie, mylisz się w tańcu i plączą ci się nogi. Poza tym pogarsza humor, a szkoda byłoby, gdyby taka śliczna dziewczyna jak ty była smutna.
Joy zarumieniła się lekko, zastanawiając się, czy ten chłopak jej przypadkiem nie podrywa.
- Ty też na casting? - zapytała.
- W pewnym sensie - odpowiedział tajemniczo brunet. - Tak w ogóle to chyba powinienem się przedstawić – zauważył. - Mam na imię Brendon - przywitał się i podał jej swoją rękę, którą uścisnęła ze słowami:
- Miło mi cię poznać, Brendon. Jestem Joy.
- Oooo. Jakie ładne imię – stwierdził – Rzadkie – dodał z tym swoim zniewalającym uśmiechem na ustach.
-Dziękuję- powiedziała cicho i zarumieniła się delikatnie.
Rozmawiali ze sobą jakieś dziesięć minut o muzyce(okazało się, że lubią te same zespoły). Joy miała wrażenie, jakby się znali od wieków. W końcu Bden oznajmił:
- Muszę iść, bo kumple są już pewnie nieźle wkurzeni, że im tak nagle zniknąłem. Jestem dla nich niezbędny jak powietrze. Powinni mi chyba na drugie tlen dać. Do zobaczenia rzucił i wstał z miejsca.
-Do zobaczenia?- spytała zdziwiona, ale Brendon odszedł już zbyt daleko, by móc ją usłyszeć.
„To będzie jakieś następne spotkanie?" zastanowiła się w duchu i uśmiechnęła się pod nosem. Stwierdziła, że ten chłopak był nawet słodki. Zaśmiała się w duchu z własnej głupoty i poszła sprawdzić ile jeszcze osób było przed nią w kolejce. Okazało się, że wcale nie jest tak źle.
„Co to dla mnie 892 osoby? Posiedzę sobie tutaj, zapuszczę korzenie… Przy odrobinie szczęścia uda mi się nawet wyhodować listki!” pomyślała z sarkazmem.
Znudzona czekaniem poszła do kina, które znajdowało się niedaleko stąd. Postanowiła obejrzeć sobie jakiś film, bo wiedziała, że kolejka jej raczej nie ominie.
Siedziała w sali kinowej, zapychając się popcornem i myśląc o Brendonie. Rozmawiała z nim zaledwie dziesięć minut, a już nie mogła przestać o nim myśleć! „To nienormalne jak on na mnie działa!” przeszło jej przez myśl.
Po dwugodzinnym seansie wróciła do teatru. Zostały 253 osoby. Nie opłacało się jej iść znowu do kina na jakieś nudne romansidło, bo na to miała za mało czasu. Zastanowiła się chwilę i wyszła na zewnątrz w poszukiwaniu jakiejś małej i przytulnej kawiarenki, gdzie będzie mogła napić się kawy i przy odrobinie szczęścia zjeść jakieś ciastko z dużą ilością bitej śmietany i czekolady.
Po chwili znalazła odpowiednie miejsce i już minutę później siedziała przy jednym ze stolików, pakując w siebie kolejne kalorie i opychając się najróżniejszymi słodkościami. Po pewnym czasie stwierdziła, że co za dużo, to nie zdrowo i wróciła na miejsce przesłuchań. Tym razem jej się poszczęściło, bo przed nią miała wystąpić jeszcze tylko jedna osoba. Zrobiła szybką rozgrzewkę i czekała na swoją kolej.
W końcu nadszedł ten jakże wyczekiwany moment i mogła wejść do sali. Odwróciła się w stronę komisji, jury, czy jak ich tam nazywają, a tam… Za stolikiem siedział mężczyzna w średnim wieku i czterech chłopców. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby jednym z nich nie był jej tajemniczy Brendon! Jak widać nawet nie raczył napomknąć, że należy do zespołu.
- Możesz nam coś zatańczyć? - zapytał reżyser, przerywając zaistniałą ciszę.
-Tak, oczywiście- odpowiedziała dziewczyna i już po chwili dała się ponieść muzyce, która wydobywała się z głośników.
Jak zwykle wszystko wokół niej przestało istnieć. Sala, reżyser, chłopcy. No może z jednym wyjątkiem. Ciągle przed oczami miała twarz Bdena, jednak w pewnej chwili przestała mieć kontrolę nad własnym ciałem i pozwoliła nogom tańczyć jak im się podobało, a buźka Bdena zniknęła tak, jak cała reszta. Uwielbiała to uczucie, kiedy świat wokół niej przestawał istnieć. Czuła się wtedy taka wolna i szczęśliwa.
Muzyka skończyła się po paru minutach, a razem z nią ulotnił się jej spokój i radość. Usłyszała oklaski i rozejrzała się nieprzytomnie po twarzach zebranych.
- To było niesamowite! Jesteś przyjęta! – usłyszała słowa reżysera i uśmiechnęła się szeroko.
Always up or down, never down and out...
komentarze [3]

Prologue Well I'm afraid that I lost myself, I lost myself... >> poniedziałek, 2 czerwca 2008 17:37:25
Zapraszam na krótki prolog i obiecuję, że następne odcinki będą dłuższe:)

Niewysoka, szczupła, brązowowłosa dziewczyna szybkim krokiem ruszyła przed siebie. Nogi same zaniosły ją pod wielką, żelazną bramę cmentarza. Niepewnie pchnęła jedno ze skrzydeł, które z przeszywającym jękiem uchyliło się, ukazując tak znienawidzone przez nią miejsce. Od paru dni widziała je w swoich koszmarach…
Dziewczyna zadrżała na całym ciele, a na jej twarzy pokazały się strach, smutek i pewnego rodzaju determinacja.
Odetchnęła głęboko, by się uspokoić i powoli zaczęła kluczyć wśród wyłożonych żwirem alejek, które doprowadziły ją do grobu rodziców. Podeszła bliżej i delikatnie pogładziła ich zdjęcie. Nie wytrzymała.
Uklęknęła na ziemi i oparła się dłońmi o zimną płytę nagrobka, a tak długo tłumione łzy spływały wolno po jej policzkach, kropla po kropli, spadając delikatnie na czarny marmur.
- To wszystko przeze mnie. Nie powinnam była wtedy wychodzić do Anny – szeptała, ocierając gorące łzy. - To moja wina… Wszystko moja wina.
I wtedy wróciły wspomnienia. Impreza u jej najlepszej przyjaciółki, kłótnia z rodzicami i ten telefon.
Mieli po nią przyjechać o północy. Tylko tyle udało jej się wybłagać, mimo awantury, którą im zrobiła. Parę minut po dwunastej zadzwoniła do niej ciotka. „Twoi rodzice nie żyją, Joy. Zginęli w wypadku samochodowym. Jakiś pijany kierowca ciężarówki przejechał skrzyżowanie na czerwonych światłach…”.
Brunetka obwiniała się o ich śmierć, o tę kłótnię. Nie potrafiła sobie wybaczyć, że tego ostatniego dnia była dla nich taka niemiła. „Oni zginęli przez ciebie. To po ciebie tam jechali” krążyła jej po głowie ta okropna myśl.
Teraz już tak nie myślała. Wiedziała, że tak chciał los, choć nie mogła się z nim pogodzić. Obiecała sobie, że zrobi wszystko, aby byli z niej dumni.
Jej płacz cichł z każdą chwilą. Dziewczyna otarła wierzchem dłoni ostatnie łzy, a delikatny uśmiech pojawił się na jej twarzy.
-Ciężko pracowałam, ale w końcu udało mi się. Bylibyście ze mnie tacy dumni… To wszystko dla was. Teraz zacznę od nowa i wreszcie wszystko się ułoży. Gdybyście tylko mogli być ze mną… Wiem, że gdzieś tam wysoko spoglądacie na mnie, gdziekolwiek teraz jesteście i chcę wam powiedzieć, że bardzo was kocham i tęsknię. Nigdy o was nie zapomnę… Nigdy – przyrzekła i powoli podniosła się z ziemi.
Rzuciła czerwoną różę na grób i ostatni raz spojrzała na nagrobek i twarze rodziców spoglądające na nią ze zdjęcia.
-Żegnaj mamo, żegnaj tato… Żegnajcie wspomnienia… Żegnaj Nowy Jorku…- powiedziała. - Witaj Vegas… Zaczynam nowe życie… -dodała i powolnym krokiem udała się do wyjścia.



Always up or down, never down and out...
komentarze [3]




watch
criticize



O mnie // Dodaj do ulubionych




critics here





2008
czerwiec (4)
lipiec (2)




tynkarzpanic-and-courtneyfob-panic-storycamisado-storyross-second-lifemouth-shutin-ross-eyesdreamy-dreamerdamb-in-danger





layout made by Kitty
graphics taken from deviantART
More in layout made by old-yellow-bricks